Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnień czar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnień czar. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2026

Palmy z duszą – wielkanocna tradycja Zamojszczyzny, którą warto ocalić


Wiosna na Zamojszczyźnie od zawsze pachniała nie tylko świeżą ziemią i młodym zbożem, ale także suszonymi trawami, bibułą i barwinkiem. Kiedy zbliżała się Niedziela Palmowa, w domach naszych babć i prababć zaczynał się czas szczególny. Z kąta izby wyciągano kosze z zasuszonymi kwiatami, kolorowymi wstążkami i gałązkami wierzby, a na stołach pojawiały się pierwsze palmy wielkanocne – jedne skromne, inne wysokie, barwne i dumne jak chorągwie.

Na Zamojszczyźnie tradycja wykonywania palm wielkanocnych ma długą historię. Dawniej palma nie była tylko ozdobą niesioną do kościoła. Wierzono, że poświęcona w Niedzielę Palmową chroni dom przed burzą, chorobą i nieszczęściem. Gałązkę zatykano za obraz, wkładano w pole, a czasem nawet wkładano pod pierwszą skibę podczas wiosennej orki, aby zapewnić urodzaj.

Nasze lokalne palmy różniły się od tych znanych z południa Polski. Nie były bardzo wysokie, ale za to niezwykle starannie wykonane. Wykorzystywano wierzbowe bazie, suszone zioła, kłosy zbóż, bukszpan, barwinek oraz własnoręcznie robione kwiaty z bibuły. Każda palma była trochę jak podpis twórcy – po kolorach i sposobie wiązania można było poznać, z której wsi pochodzi.

Dziś ta piękna tradycja powoli wraca. Coraz więcej osób chce nie tylko kupić gotową palmę, ale zrobić ją własnymi rękami – tak jak kiedyś robiło się to w rodzinach, przy wspólnym stole, w rozmowie i w dobrym nastroju. Bo palma wielkanocna to nie tylko ozdoba. To znak, że Wielkanoc naprawdę się zbliża.

Dlatego właśnie postanowiliśmy wrócić do tej tradycji i zaprosić wszystkich, którzy chcą ją poznać lub sobie przypomnieć, na wspólne wykonywanie palm wielkanocnych.

Serdecznie zapraszamy na warsztaty tworzenia palm wielkanocnych, które odbędą się
21 marca o godz. 13:00
w siedzibie Fundacji „ANDROMEDA” w Nadszańcu
ul. Waleriana Łukasińskiego 2 lok. 3

Podczas spotkania opowiemy o dawnych zwyczajach na Zamojszczyźnie, pokażemy tradycyjne materiały i krok po kroku wykonamy własne palmy wielkanocne – takie, jakie pamiętamy z dzieciństwa.

Rezerwacje pod numerem telefonu: 693 879 958
Ilość miejsc ograniczona.

Niech to będzie spotkanie jak dawniej – przy pracy, rozmowie i w atmosferze zbliżających się świąt.

Więcej na stronie wydarzenia: KLIKNIJ TUTAJ

poniedziałek, 2 listopada 2020

Dzień Zaduszny... Czas zadumy, refleksji, zastanowienia nad przemijaniem, śmiercią, wiecznością...

Rzeźba Anioła na cmentarzu parafialnym w Częstoborowicach (2013)

Drugi dzień listopada, to czas w którym szczególnie wspominamy tych, których nie ma już wśród nas... Naszych bliskich, krewnych, przyjaciół... Ludzi, którzy odgrywali i nadal w pewien sposób odgrywają ważne role w naszym życiu... Osoby, które kształtowały nasze poglądy, postawy życiowe... Dzisiaj możemy im podziękować za to wszystko... A jednocześnie jest to dzień, w którym każdy z nas powinien głębiej zastanowić się nad tym co sam pozostawi po sobie kiedy odejdzie... Jak będzie wspominany przez znajomych, rodzinę, tych którzy tu pozostaną... Bo tyle żyje człowiek na tym świecie co trwa pamięć o nim...

Ja w tym dniu szczególnie otaczam pamięcią o moich bliskich... W tym roku w Święto Zmarłych nie dane nam było odwiedzić ich grobów, ale to też nie do końca tylko o odwiedziny chodzi... czasami wystarczy ciche wspomnienie, modlitwa, czy w samotności uroniona łza... Wspominam dzisiaj w szczególny sposób tych wszystkich, którzy odeszli w ostatnim roku. Kilku znajomych, przyjaciół wędruje już dzisiaj po "niebieskich szlakach", a jeszcze tak nie dawno razem pozdrawialiśmy się w czasie spotkań, na turystycznych "eskapadach", czy zasiadaliśmy przy wspólnym ogniu... Cześć ich pamięci! Na zawsze pozostaniecie w moim sercu!

Spoczywajcie w Pokoju! Wieczny odpoczynek racz Wam dać Panie! 

sobota, 22 lutego 2020

Dzień Myśli Braterskiej - święto przyjaźni, od którego wszystko się zaczęło.


Ostatnie dni przyniosły prawdziwą kumulację ważnych dla mnie świąt. Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego, a dziś – Dzień Myśli Braterskiej, święto wszystkich zuchów, harcerzy i skautów na całym świecie.

Skąd wziął się Dzień Myśli Braterskiej?
22 lutego to dzień urodzin założyciela skautingu – Roberta Baden-Powell (1857) oraz jego żony Olave Baden-Powell (1889). Idea ustanowienia tego święta narodziła się w 1926 roku podczas czwartej Międzynarodowej Konferencji Skautek i Przewodniczek w Stanach Zjednoczonych. Początkowo był to dzień dedykowany dziewczętom, z czasem jednak do wspólnego świętowania dołączyli również skauci.
Dzień Myśli Braterskiej przypomina, że bez względu na kolor skóry, narodowość czy wiek, wszyscy skauci są dla siebie braćmi i siostrami. To czas życzeń, spotkań przy ognisku, gier terenowych, wysyłania kartek, a w wielu środowiskach także zbiórek charytatywnych. Tak pisze encyklopedia. A jak ja wspominam moje harcerskie czasy?

Moje początki – od zucha do harcerza
Nie wiem, czy gdy zaczynałem swoją krótką „karierę” skautową, Dzień Myśli Braterskiej był hucznie obchodzony. Być może był – ale zaczynałem tak wcześnie, że po prostu tego nie pamiętam. Do Drużyny Zuchów wstąpiłem w pierwszych latach szkoły podstawowej, prowadzonej przez moją wychowawczynię. Do dziś pamiętam swoje ślubowanie, próby odwagi i pierwsze sprawności. Ogromną dumę czułem wtedy, gdy wreszcie mogłem założyć zuchowy mundurek – kupiony przez mamę z niemałym trudem. Były to czasy przełomu – schyłek PRL-u i początki transformacji ustrojowej. Pamiętam, jak kazano nam przyszywać na rękawy naszywki „W rocznicę Manifestu PKWN”. Jako dziecko nie rozumiałem polityki – dumnie nosiłem odznaki, ku niezadowoleniu rodziców i dziadków. Z czasem jednak zmieniła się symbolika, a wraz z nią – rzeczywistość wokół nas. Na mundurach pojawiły się nowe emblematy, nawiązujące do „Solidarności” i rodzącej się wolnej Polski. My jednak w drużynie skupialiśmy się przede wszystkim na tym, co dla nas najważniejsze – zabawie, przygodzie i zdobywaniu sprawności. W przyszkolnym parku bawiliśmy się w podchody, organizowaliśmy piesze wycieczki, a gdy padał deszcz – graliśmy w planszówki i uczyliśmy się ogniskowych piosenek. Kolejne sprawności z czasem przykryły tę mniej chlubną naszywkę z PKWN.

Harcerstwo i początek mojej drogi. 
Z czasem wyrosłem z bycia zuchem i naturalnie trafiłem do drużyny harcerskiej działającej w Hufcu w Piaskach. Zaczęły się pierwsze noclegi pod namiotami, wspólne złazy, marsze na orientację. To właśnie wtedy narodziło się moje zainteresowanie szeroko pojętą turystyką. Patrząc z perspektywy lat, jestem przekonany, że to harcerskie początki skierowały mnie na drogę, którą idę do dziś – drogę przewodnika turystycznego. W drużynie działałem praktycznie do końca szkoły podstawowej. W szkole średniej harcerstwa w mojej miejscowości już nie było – był to trudny czas podziałów i przemian w całym Związku.

Choć formalnie nigdy do harcerstwa nie wróciłem, ideały, które wtedy poznałem – braterstwo, służba, odpowiedzialność, miłość do przyrody i wędrówki – odcisnęły trwały ślad na moim życiu. Zawsze sympatyzowałem i nadal sympatyzuję z ruchem skautowym. Dlatego w tym wyjątkowym dniu pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia:

Wszystkim Druhnom i Druhom – wszystkiego, co najlepsze.
Wytrwałości w wierności ideałom skautingu.
Niech każdy dzień przynosi nowe odkrycia, ciekawe wędrówki i szczere przyjaźnie.
Niech blask ogniska zawsze oświetla Wasze uśmiechnięte twarze.

Z harcerskim pozdrowieniem,
Druh Tomasz

Czuwaj!

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocne tradycje w mojej rodzinnej wsi... cz. II - ostatnia

Nadeszły wreszcie długo oczekiwane Święta Wielkanocne. W wielką niedzielę budziło się przed piąta, by wyrobić się na mszę rezurekcyjną na szóstą. Wdziewałem więc mundur Ochotniczej Straży Pożarnej przepasany czarnym, szerokim skurzanym pasem, ze srebrno niebieskim sznurem przewieszonym przez ramię. Na głowę zakładałem rogatywkę z granatowym otokiem i tak to wyposażony ruszałem do kościoła.
Rezurekcja tradycyjnie rozpoczynała się procesją wokół kościoła. Strażacy z całej parafii zapewniali uroczystą asystę podczas trzykrotnego obejścia świątyni. Kiedy ksiądz ogłosił, że Chrystus zmartwychwstał, a organista zaintonował uroczyste Alleluja z całym orszakiem, trzymając się za pasy i idąc tuż za księdzem skrywającym pod baldachimem monstrancję z Najświętszym Sakramentem, przy biciu dzwonów wyruszaliśmy na procesję.
W drodze powrotnej z kościoła odwiedzaliśmy naszych zmarłych na parafialnym cmentarzu, by podzielić się również z nimi wieścią o Zmartwychwstaniu Pańskim.Następnie, po powrocie do domu przygotowywaliśmy się do uroczystego śniadania wielkanocnego. Na stole tego dnia nie mogło oczywiście zabraknąć „święconki” białego barszczu, przygotowywanego przez babcię lub mamę, świątecznych kiełbas, wędlin i ciast. Był to dla mnie najważniejszy posiłek tego dnia. Kiedy zaspokoiliśmy głód przychodził czas na wspólne śpiewanie pieśni wielkanocnych, przy moim nieudolnym zresztą, akompaniamencie akordeonowym. To był bardzo wesoły czas, kończący definitywnie okres Wielkiego Postu, przygotowującego nas do świąt. Były życzenia telefoniczne, dla bliższej i dalszej rodziny. Szczególnie utkwiły mi w pamięci te przekazywane siostrze babci Krysi, cioci Genowefie, gdyż te obowiązkowo musiały być „okraszone” moim akordeonowym akompaniamentem.  
Po śniadaniu był czas na chwilę odpoczynku. Po „święconce” zawsze chciało i chce mi się spać… Na spanie jednak nie było zazwyczaj czasu, gdyż staropolskim obyczajem, kultywowanym w mojej okolicy było święcenie pól. Brało się poświęconą w Niedzielę Palmową palmę i wodę oświęconą w Wielką Sobotę i wyruszało się najpierw w obejścia gospodarcze, a następnie na pole by święceniem zapewnić urodzaj i dobrobyt w gospodarstwie. I tak schodziło aż do uroczystego świątecznego obiadu, i gościny, na którą to zazwyczaj chodziliśmy do babci Zosi. Kiedy była ładna pogoda w święta, zmawialiśmy się z koleżeństwem do lasu na „Meus”. Tradycja ta wzięła się z faktu opisanego w Dziejach Apostolskich, kiedy to uczniowie Jezusa, po jego śmierci i zmartwychwstaniu, wyruszają do wioski Emaus. Kiedy są w drodze niespodziewanie ukazuje im się zmartwychwstały Chrystus. Czemu „Meus” a nie Emaus? Pewnie ktoś po spożyciu w lesie, przy ognisku, większej ilości trunków, nie mogąc wymówić Emaus zmienił je na „Meuuus”. Podczas tych leśnych świątecznych spotkań pieczono kiełbaski, ziemniaki w ogniskach (praktykować tylko pod opieką dorosłych i zgodnie z przepisami przeciwpożarowymi) spożywano na świeżym powietrzu zakupione lub wypędzone nocą zapasy alkoholu. Było gwarno i wesoło. Całość kończyła się wspólnym powrotem do domu, któremu towarzyszyły „chóralne” śpiewy. I tak do wieczora. Pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych za nami.
W Wielkanocny Poniedziałek, zwany także „Lanym” należało wstać jak najwcześniej. Tego dnia wodą, perfumami oblewało się w pierwszej kolejności domowników. Kiedy wszyscy zostali odpowiednio pokropieni (co miało przynosić szczęście i powodzenie), a pogoda była sprzyjająca braliśmy akordeon i sikawki i wyruszaliśmy do sąsiadów. Pamiętam lata, kiedy żył jeszcze mój dziadek Kazimierz, że przemierzaliśmy w ten sposób od domu do domu odwiedzając i polewając sąsiadów śpiewając i grając wielkanocne pieśni. Gospodarze w tym dniu częstowali nas czym kto miał… jajkiem, kawałkiem kiełbasy, czy szklanicą alkoholu. Często po tym „poczęstunku” wracając do domu człowiek nadawał się jedynie do pójścia powrotem do łóżka. Często chodzeniem po tzw. „jajach” zajmowali się strażacy. Zwyczaj ten kultywowała głownie jednostka z Bazaru, gdzie poza symbolicznymi jajami zbierano również datki na rzecz miejscowej straży pożarnej.
Ja jako nieletni alkoholu nie spożywałem, więc po porannym oblewaniu szło się do kościoła. Pamiętam dobrze, kiedy to tego dnia ksiądz wikary zbierając ofiary, pod tacą trzymał sikawkę z wodą i symbolicznie polewał przybyłych na nabożeństwo parafian. Po wyjściu z kościoła rozpoczynała się prawdziwa wodna bitwa. Najbardziej obrywały wodą młode panny, które często do domów wracały bez jednej suchej nitki na sobie.
W Lany Poniedziałek, w odróżnieniu od Wielkiej Niedzieli, kiedy to przy stole spotykała się głównie rodzina, odwiedzało się lub zapraszało do siebie znajomych i sąsiadów. Podczas popołudniowego świętowania także nie obywało się bez polewania wodą i składania sobie świątecznych życzeń.
Wieczorem natomiast, cała młodzież wyruszała tłumnie na pierwszą po okresie Wielkiego Postu zabawę, gdzie… oczywiście do remizy OSP. Dopiero w późniejszym okresie imprezy w remizach zastąpiły dyskoteki w klubach.
I tak powoli te radosne, wiosenne święta przechodziły do historii… Podobnie jak zdarzenia opisywane tutaj przeze mnie. W sumie nie tak odległe czasowo, a tak dalekie. Szkoda, że wiele tradycji związanych ze świętami, folklorem wiejskim zanika i odchodzi w zapomnienie. Mam nadzieję, że chociaż niektóre przetrwały do dzisiaj w Waszych domach. Na zakończenie, życzę Wszystkim miłego dalszego Świętowania w gronie przyjaciół i rodziny.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Wielkanocne tradycje w mojej rodzinnej wsi... cz. I

W związku z przeżywanymi obecnie najważniejszymi chrześcijańskimi świętami – Wielkanocą, postanowiłem powrócić pamięcią do lat mojego dzieciństwa i do tego jak ten czas wyglądał dawniej, jak zapisał się w mojej pamięci z lat dzieciństwa. Przenieśmy się, po raz kolejny do mojej rodzinnej wsi Rybczewice w województwie lubelskim i poczujmy zapach wiosny, zapach świątecznych potraw… smaków młodości.
Okres Wielkanocny, po okresie wielkiego postu, rozpoczynał się już w Niedzielę Palmową, kiedy to szło się do kościoła z przygotowaną (lub kupioną na targu w niedalekich Piaskach) palmą, którą na pamiątkę rzucania zielonych gałęzi pod kopyta osiołka na którym Jezus tego dnia wjechał do Jerozolimy, tego dnia święcono w kościele. Czym większa i bardziej zdobna palma tym gospodarz bardziej zamożny, a panna bardziej posażna. Podczas mszy zbierano ofiary przeznaczone na kwiaty do Bożego Grobu.
Już od początku Wielkiego Tygodnia trwały przygotowania do zbliżających się świąt. Porządkowano domostwa i ogrody, wędzono kiełbasy i mięsiwa, pieczono placki… Wszędzie było gwarno i pachniało świątecznie, wiosennie.
W Wielki Czwartek wieczorem w kościele, Mszą Wieczerzy Pańskiej,  rozpoczynało się Triduum Paschalne, czyli trzy najważniejsze dni w kalendarzu liturgicznym kościoła katolickiego. Na zakończenie nabożeństwa w uroczystej procesji przenoszono najświętszy sakrament do tzw. Ciemnicy. W kościele milkną dzwony, zastępowane drewnianymi kołatkami. Od tego czasu, aż do Mszy Świętej Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę, nie sprawowana jest eucharystia. 
Wielki Piątek to dzień śmierci Jezusa, w którym zamiast mszy św. odprawiana jest droga krzyżowa i liturgia męki pańskiej, podczas, której kapłan dokonuje przeniesienia Ciała Chrystusa do symbolicznego Grobu Pańskiego. Od kiedy pamiętam aranżacją grobu w naszym parafialnym kościele w Częstoborowicach zajmował się, dzisiaj już niestety śp. Franciszek Skrętkowicz, wieloletni nauczyciel Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego wraz z uczniami Liceum Ogólnokształcącego w Rybczewicach w którym uczył. I Mnie także zdarzało się brać w tym udział. Pamiętam jak wywieszano stare płótna imitujące motywy roślinności jerozolimskiej, a skały groty zastępowano odpowiednio zmiętymi szarymi papierami pakowymi. Wewnątrz grobu składano naturalnych rozmiarów figurkę Chrystusa.
Na zakończenie liturgii Wielkiego Piątku, kiedy już symbolicznie złożono Pana Jezusa do grobu, ustawiano przed nim straże. W rolę strażników wcielali się strażacy z Ochotniczych Straży Pożarnych z terenu naszej parafii. W galowych mundurach pełniliśmy straże, według ustalonego od lat harmonogramu. Rozpoczynała miejscowa Straż Pożarna z Częstoborowic i Podizdebna, która pełniła straż przez całą piątkową noc, aż do pierwszego święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, Następnie warty przy Grobie Pańskim obejmowali strażacy z mojej rodzimej jednostki OSP w Rybczewicach, którzy pełnili służbę do sobotniego wieczoru, kiedy to ustępowaliśmy miejsca naszym kolegom z Ochotniczej Straży Pożarnej z Bazaru. Strażacy pełnili warty, aż do uroczystej mszy rezurekcyjnej w Niedzielę Wielkanocną.
W wielką sobotę rano, tradycyjnie święciło się pokarmy. Do koszyczka niesionego do kościoła wkładało się obowiązkowo przygotowane wcześniej przez babcię czy mamę pisanki, wędzoną kiełbasę i wędlinę, chrzan, sól, ciasto. Nie mogło też zabraknąć wielkanocnego baranka – symbolu zmartwychwstania. Koszyki przyozdabiane były zielonymi liśćmi fiołków lub gałązkami bukszpanu. Z takim koszykiem pędziło się jak najraniej do świątyni, gdyż w moim domu przyjęło się uważać moment poświęcenia pokarmu, momentem zakończenia wielkopiątkowego postu. 
Po poświęceniu pokarmów, wówczas kiedy wszedłem już w wiek młodzieńczy, zakładałem wyjściowy mundur strażacki i pędziłem na adorację przy Grobie Pańskim. To był wielki zaszczyt, na który czekało się cały rok. Uroczyście zmieniające się warty trwały ok. 20 -30 min. Stróżówkę mieliśmy na dole, przed murami kościoła, w dawnej salce katechetycznej, przez to za każdym razem trzeba było przy zmianie warty wspiąć się po stromych krytych schodach prowadzących przez dzwonnicę do kościoła.
Do domu wracało się dopiero po wieczornej Mszy Wigilii Paschalnej, przed którą przed kościołem palono ognisko z tarniny, sprawując misterium ognia, a następnie podczas misterium wody święcono wodę, która miała służyć przez cały rok miejscowym parafianom.
Po powrocie do domu następowały ostatnie przygotowania do Uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. Po całodziennej warcie przy Grobie zasypiało się dosyć szybko mając świadomość, że trzeba będzie jutro przed świtem wstać i udać się do kościoła na Mszę Rezurekcyjną. C.D.N.

wtorek, 26 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. III - Św. Szczepan

Nasza grupa kolędnicza (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia zawsze miał dla mnie szczególny smak. Może dlatego, że nosił w sobie coś więcej niż tylko świąteczną powagę – był dniem radości, swobody i ludowej tradycji, którą dziś wspominam z lekkim uśmiechem i ogromną nostalgią. To właśnie wtedy, w moim rodzinnym domu w Rybczewicach na Lubelszczyźnie, Święta zaczynały nabierać innego tempa. Jeszcze o poranku, zanim wyruszaliśmy do kościoła, tato – a z czasem również ja – mieliśmy swoje ważne zadanie. Trzeba było przygotować woreczek z owsem. Im większy, tym lepszy. Owies ten zabieraliśmy ze sobą na mszę świętą ku czci św. Szczepana. Dla mnie był to zawsze dzień wyjątkowy, bo właśnie wtedy najbardziej ciągnęło mnie na chór muzyczny. Nie dlatego, że odkrywałem w sobie nagłe powołanie do śpiewu, ale z dużo prostszego i bliższego sercu powodu – na chórze śpiewali moi dziadkowie od strony mamy. Często zabierali mnie ze sobą, a ja chłonąłem wszystko: dźwięk organów, ruch miecha, potęgę chóralnego śpiewu i atmosferę miejsca, które wydawało mi się niemal magiczne. Podczas mszy ksiądz święcił przyniesiony owies – ten sam, który później dosypywano do wiosennego siewu, wierząc, że zapewni on urodzaj i pomyślność. Ale św. Szczepan miał też swoje bardziej… żywiołowe oblicze. Gdy kapłan przechadzał się wzdłuż kościelnej nawy, „wymachując” kropidłem, wierni zaczynali obrzucać go garściami owsa. I tu właśnie chór okazywał się miejscem strategicznym – stamtąd najłatwiej było celnie obsypać biednego duchownego, który często, chcąc uniknąć gradu ziaren, zasłaniał głowę kapturem. Po chwili w świątyni rozpętywała się prawdziwa bitwa. Pamiętam, jak nasz wieloletni organista, śp. Kazimierz Marciszuk, niemal własnym ciałem osłaniał organy, by ziarno nie wpadło między klawisze i piszczałki. Zdarzało się, że z pełnego worka owsa do domu wracaliśmy zaledwie z garstką ziaren – albo i z niczym. Posadzka kościoła po mszy była cała nimi zasypana. Ten zwyczaj, choć pełen śmiechu, miał swoje głębokie znaczenie – nawiązywał do męczeńskiej śmierci św. Szczepana, ukamienowanego za wiarę. Na szczęście w naszej tradycji kamienie zastąpił owies.
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Po powrocie z kościoła czekał nas jeszcze jeden ważny moment – wizyta w oborze. Dzieliliśmy się opłatkiem z żywym inwentarzem. Był to specjalny, kolorowy opłatek, dodawany do tych, które przed świętami roznosił organista. Nie wszystkie zwierzęta podchodziły do tego świątecznego przysmaku z entuzjazmem, więc często trzeba było mieszać go z codzienną paszą. Drugi dzień Świąt był też czasem odwiedzin. W przeciwieństwie do Wigilii, można było spotykać się w szerszym gronie – u sąsiadów, znajomych, przyjaciół. Tego dnia po wsiach ruszały również grupy kolędnicze. Bywało, że w jednej miejscowości kolędowało kilka zgraj naraz – dzieci, młodzież, dorośli. Jedni tylko śpiewali kolędy, inni, poprzebierani, odgrywali scenki bożonarodzeniowe, często z domieszką lokalnego folkloru, a czasem nawet z przemyconą ironią społeczną czy polityczną. Wszystko podane w żartobliwej formie, ku uciesze gospodarzy. Przez kilka lat sam byłem częścią takiej kolędniczej grupy. Zaczynaliśmy w św. Szczepana, a kończyliśmy nieraz dopiero w okolicach Nowego Roku. Gdy zabrakło domów w rodzinnej wsi, ruszaliśmy przez zaspy do sąsiednich miejscowości, w kilkustopniowym mrozie. Dziś nie pamiętam już dokładnie tekstów jasełek, ale wiem, że często przypadała mi rola Marszałka. Może kiedyś, grzebiąc w swoich zbiorach dotyczących historii mojej Małej Ojczyzny, natrafię jeszcze na fragmenty tych kwestii. Wiem jedno – zawsze dobrze życzyliśmy gospodarzom i niemal nigdzie nie spotkaliśmy się z odmową. Co więcej, pominięcie czyjegoś domu bywało powodem obrazy. Kolędowało się więc od domu do domu, od wsi do wsi, pielęgnując tradycję przekazywaną przez pokolenia. Dziś, pół żartem pół serio, wyobrażam sobie kolędników robiących w każdym domu selfie, z czytnikiem kart zamiast skrzynki na datki… Gdy byłem już starszy, wieczór św. Szczepana oznaczał jedno – przygotowania do pierwszej po adwencie wiejskiej zabawy. Odbywały się one oczywiście w remizach strażackich – centrach życia społeczno-kulturalnego. Najlepsze zabawy w naszej gminie były w Bazarze, Częstoborowicach i Rybczewicach. Zjeżdżali się młodsi i starsi, z bliska i z daleka. Tańce przy lokalnych zespołach trwały do późnej nocy, czasem do drugiej czy trzeciej, o ile wcześniej nie zakończyły się „ręczną wymianą zdań” między uczestnikami z różnych wsi. Powroty do domu bywały długie i mroźne, zwłaszcza zanim wszystkich się poodprowadzało. Z czasem remizowe zabawy ustąpiły miejsca dyskotekom w pobliskich miejscowościach, a ich niepowtarzalny klimat zniknął z krajobrazu mojej gminy.  
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Powoli kończymy nasze wspólne odwiedziny w moim rodzinnym domu i gminie z czasów dzieciństwa i młodości. Święta dobiegają końca. Jutro jeszcze wybierzemy się na święcone wino. Na zakończenie tych świątecznych wspomnień chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom mojego bloga, aby magia Świąt Bożego Narodzenia – ta cicha, dobra i ciepła – towarzyszyła nam nie tylko przez kilka dni w roku, ale każdego dnia. I abyśmy po latach mogli wracać do swoich wspomnień z uśmiechem, wdzięcznością i spokojem serca.

Przeczytaj również o Bożym Narodzeniu w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Bożego Narodzenia klikając  TUTAJ

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. II - Boże Narodzenie

Ja ze Świętymi Mikołajem (1985) 
Kontynuując nasze wspólne świąteczne opowieści, dziś chciałbym zabrać Was do mojego rodzinnego domu i podzielić się tym, jak wyglądał pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia – dzień szczególny, bo zarezerwowany wyłącznie dla najbliższej rodziny. O ile w Wigilię czy w drugi dzień świąt dopuszczalne były wizyty u sąsiadów i znajomych, o tyle sam dzień Bożego Narodzenia miał u nas wymiar bardziej intymny, domowy i spokojny. Jak świętowaliśmy w niewielkiej miejscowości na Lubelszczyźnie? O tym właśnie jest dzisiejszy wpis. Kiedy byłem już na tyle duży, by uczestniczyć w nocnym nabożeństwie, starałem się co roku chodzić na pasterkę do kościoła w Częstoborowicach. Samochodów było wówczas niewiele, więc wielu wiernych – mimo mrozu i śniegu – podążało do świątyni pieszo. Ta nocna wędrówka miała w sobie coś wyjątkowego, niemal mistycznego.

Na pasterce kościół pękał w szwach. Msza święta rozpoczynała się zawsze uroczystym odśpiewaniem kolędy „Bóg się rodzi…”. W jej takt ksiądz proboszcz wnosił w procesji figurkę Dzieciątka Jezus, którą następnie układał w żłóbku, na sianie, w przygotowanej tuż przed świętami tradycyjnej szopce. Msza trwała długo, ale chyba tylko chłód i podniosłość chwili sprawiały, że nikt – nawet ci, którym udało się zasiąść w przepełnionych ławkach – nie odpływał w objęcia Orfeusza. W świątyni, obok zapachu kadzidła, unosiła się także woń wigilijnych potraw (a czasem i czegoś mocniejszego, co wyraźnie poprawiało zdolności wokalne wiernych). Przy ołtarzu roiło się od ministrantów, a na koniec przychodził czas na Boże błogosławieństwo i serdeczne życzenia od proboszcza.

Wychodząc z kościoła, należało uklęknąć na chwilę przed stajenką, a potem wrzucić grosik do skarbonki trzymanej przez porcelanowego aniołka. Ten, w ramach podziękowania, kiwał główką ozdobioną aureolą. Po mszy wszyscy gromadzili się jeszcze „na murach” świątyni. Odpalano petardy i sztuczne ognie – było głośno, kolorowo i radośnie. Padały życzenia wesołych, zdrowych i rodzinnych świąt. Droga powrotna do domu również najczęściej odbywała się pieszo. Często zachodziłem jeszcze na stary częstoborowicki cmentarz, by pomodlić się i zapalić lampki na grobach bliskich. Gdy przekraczało się próg domu, było już dobrze po drugiej w nocy. Jeszcze tylko szybki skok do komory po kawałek ciasta – tego, którego w Wigilię skosztować nie było wolno – i przychodził czas na zasłużony sen. A tymczasem w stajni, oborze i chlewie rozpoczynały się „rozmowy zwierząt”, bo przecież według tradycji właśnie tej nocy mówią one ludzkim głosem… O czym? Lepiej ponoć nie podsłuchiwać.

Kościół w Częstoborowicach - fot. Tomasz Banach
W Boże Narodzenie można było pospać nieco dłużej. Rano, wchodząc do domu dziadków, należało – podobnie jak w Wigilię – pozdrowić Boga, dodając słowa: „Kolęda na szczęście, na zdrowie, na te Święte Boże Narodzenie”. Do kościoła chodziło się zazwyczaj na uroczystą sumę, a po mszy, przed świątynią, składano życzenia tym, których nie spotkaliśmy w nocy na pasterce. Po powrocie do domu rozpoczynało się wielkie przygotowanie do uroczystego obiadu, który u nas często przeciągał się aż do kolacji. Tym razem na stole królowały dania mięsne. W końcu można było legalnie skosztować świątecznych specjałów: pachniała wędzona kiełbasa, boczki, polędwice, szynki i pieczone pasztety. Pojawiało się też po raz pierwszy w te święta „oficjalne” ciasto. Przy stole ponownie składano życzenia i łamano się opłatkiem z tymi, których nie widziało się w Wigilię. Gromko rozbrzmiewały kolędy, a z czasem także piosenki biesiadne, patriotyczne, a nawet wojskowe. Moja rodzina zawsze była rozśpiewana – dziadkowie od strony mamy śpiewali w chórze kościelnym, a ja jednym palcem próbowałem akompaniować na klawiszach. Było radośnie, głośno i bardzo rodzinnie.

Gdy goście zaczynali się rozchodzić, przychodził czas na tradycyjne w mojej rodzinie „odprowadzanie”, które nierzadko kończyło się przeniesieniem świątecznej biesiady do kolejnych domów krewnych. Ważnym zwyczajem w moich stronach było także rozpoczynające się w Boże Narodzenie odliczanie dwunastu dni, mających wróżyć pogodę na kolejne miesiące roku. Jeśli dzień „przypisany” na przykład sierpniowi był chłodny i wilgotny, wierzono, że taki właśnie będzie cały sierpień.

Tak minął nam kolejny dzień wspólnego świętowania. Już jutro opowiem Wam, jakie tradycje kultywowano w mojej rodzinnej gminie Rybczewice w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia – w święto św. Szczepana.

Przeczytaj również o Wigilii  w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ

czwartek, 30 listopada 2017

Szkoła Podstawowa z Wilanowa za Patrona obrała Hetmana Jana Zamoyskiego

Asysta podczas mszy św. - fot. Archiwum Szkoły
"Takie będą Rzeczypospolite, 
jakie ich młodzieży chowanie...
Nadto przekonany jestem,
że tylko edukacja publiczna
zgodnych i dobrych robi obywateli"

Hetman Jan Zamoyski

Te słowa Hetmana Wielkiego Koronnego i Kanclerza Wielkiego w jednej osobie - Jana Zamoyskiego chyba najlepiej oddają jego stosunek do wykształcenia, nie tylko jemu współczesnych, ale również wielu pokoleń Obywateli, którym to hasło przyświecało przez wieki. To dzięki tak światłym ludziom jak on Rzeczypospolita rosła w siłę i budowała swoją tożsamość. To dzięki spuściźnie po takich osobowościach jak Jan Zamoyski udało nam się przetrwać ciężkie czasy zaborów i zawieruch wojennych, by teraz móc wcielać w życie sens tych słów w wolnej Rzeczypospolitej. 
Z uczniami SP nr 358 w Wilanowie - fot. Archiwum Szkolne
W dniu 7 listopada członkowie naszego Stowarzyszenia mieli ogromny zaszczyt uczestniczyć w Doniosłej Uroczystości Nadania Szkole Podstawowej Nr 358 w Wilanowie Imienia Hetmana Jana Zamoyskiego. Całość rozpoczęła się mszą świętą w Świątyni Opatrzności Bożej, podczas której dokonano poświęcenia nadanego szkole sztandaru. Nasza delegacja zadbała o asystę w strojach historycznych.
Po nabożeństwie, poczty sztandarowe oraz zaproszeni goście, uczniowie, nauczyciele i rodzice, przeszli do gmachu szkoły, gdzie odbyła się dalsza część oficjalna uroczystości. Po tej części przyszedł czas na bardzo interesującą i nowatorską część artystyczną w wykonaniu uczniów, poświęconą osobie i dokonaniom nowo obranego patrona Hetmana Jana Zamoyskiego. Serce rosło, kiedy można było podziwiać występy dzieciaków, w których sporą część poświęcili również historii naszego Hetmańskiego Grodu Zamościa.
Podczas warsztatów z uczniami - fot. Archiwum Szkolne
Następnym punktem był poczęstunek, po którym członkowie naszego Stowarzyszenia przeprowadzili interaktywne warsztaty dotyczące Patrona Szkoły, czasów w jakich żył strojów i obyczajów panujących w ówczesnej Rzeczypospolitej. Podczas spotkania z młodzieżą po za "gwarnym uczestnictwem" uczniów dało się słyszeć brzęk szabel czy strzałów z muszkietu. Nie zabrakło także naszych opowieści o Zamościu i zaproszenia do odwiedzenia Miasta Idealnego. Bardzo ucieszyliśmy, że wilanowscy uczniowie tak wiele wiedzą o naszym mieście. W tym miejscu pragnę podziękować, w imieniu swoim jak i Stowarzyszenia Szanownej Dyrekcji, Gronu Pedagogicznemu (tu w szczególności Pani Karolinie Kornel) za zaproszenie na tak ważną w dziejach Szkoły Uroczystość. Dziękujemy za ciepłe przyjęcie i bardzo miłą atmosferę podczas pobytu w  Wilanowie. Wierzymy, że to spotkanie zaowocuje dalszą współpracą między nami.
Zdobywamy Wilanów - fot. Anonimowy Zwiedzający
Po uroczystościach szkolnych przyszedł czas na chwilę zwiedzania. W tym celu (oczywiście w strojach z epoki, jak widać na zamieszczonym obrazku) wybraliśmy się do Ogrodów Pałacu Wilanowskiego. Wilanów to dla mnie miejsce szczególne, do którego bardzo lubię wracać. Miejsce związane z osobą Króla Jana III Sobieskiego, który to w mojej rodzinnej gminie Rybczewice (w miejscowości Pilaszkowice) także posiadał swoją rezydencję, do której lubił wracać zarówno on jak i jego małżonka Maria Kazimiera zwana Marysieńką. Ale to temat na osobny wpis. Podczas pobytu w Ogrodach Wilanowskich mieliśmy możliwość obejrzenia przepięknej iluminacji świetlnej "tańczącej" w rytm muzyki. Po długim dniu (z Zamościa wyruszyliśmy o 4-tej rano) przyszedł czas na powrót do Zamościa. Wracaliśmy z Wilanowa z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku w stosunku do nas zapraszających, jak i obowiązku względem Hetmana Jana Zamoyskiego, który od tego dnia stał się oficjalnym Patronem Szkoły podstawowej nr 358 w Wilanowie.

czwartek, 2 listopada 2017

"Wspomnień Czar" - czyli o tym jak zostaliśmy Hobbitami. Z Lubelskiego

Dominika i ja w Studio Radia Lublin - fot. Archiwum Redakcji
Rozpoczęło się całkiem niepozornie... Pod koniec czerwca lub w pierwszych dniach lipca zadzwonił do mnie redaktor Radia Lublin Józek Szopiński (poznaliśmy się już wcześniej podczas, któregoś z nagrań w radio czy telewizji) i powiedział, że poszukuje ludzi z pasją do nowego radiowego cyklu. Zaproponował nam (Dominice i mi) rozmowę o tym co robimy na co dzień, czym się fascynujemy, co jest naszą pasją.
Nie zastanawialiśmy się długo, gdyż niezmiernie lubimy dzielić się z ludźmi tym co dla nas ważne, a dodatkowo taka rozmowa to świetny sposób na promocję nie tylko działalności naszego Stowarzyszenia, ale również Zamościa i Roztocza. Przejęty całą rozmową nie zapytałem nawet jaki cykl, w którym mamy się zaprezentować będzie miał tytuł. Dowiedziałem się jedynie, że skontaktuje się z nami Pani Redaktor Aleksandra Drozd i przeprowadzi z nami wywiad na miejscu w Zamościu.
Kilka dni po rozmowie z Józkiem zadzwoniła do nas Pani Aleksandra. nagranie udało nam się przeprowadzić bardzo sprawnie, gdyż Zamościu oraz o tym czym się pasjonujemy, co robimy możemy opowiadać godzinami. (Co niektórzy twierdza nawet, że w miarę ciekawie. Dopiero po wysłuchaniu materiału na antenie Radia Lublin dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy "Hobbitami. Z Lubelskiego", bo taki tytuł nosi program. O czym opowiadaliśmy możecie przekonać się słuchając audycji "klikając link poniżej:

czwartek, 19 października 2017

Zaproszenie na Wernisaż Wystawy "Okiem Reportera - Turystyka z Pasją w fotografii Rafała Maśnego"

W imieniu organizatorów pragniemy Zaprosić Państwa Serdecznie na Wernisaż Wystawy "Okiem Reportera - Turystyka z Pasją w fotografii Rafała Maśnego", który odbędzie się w dniu 20 października br, o godzinie 18:00 w Kawiarni Mazagran (ul. Pereca 16) w Zamościu.
Na wystawie będzie można obejrzeć fotografię reportażową autorstwa zamojskiego fotografa Rafała Maśnego, powstałe podczas plenerów i imprez organizowanych przez Stowarzyszenie Turystyka z Pasją. Na Wystawie znajdą się prace wykonane w przepięknej scenerii Zamościa i Roztocza w okresie ostatnich trzech lat działalności Turystyki z Pasją. Więcej informacji o wydarzeniu znajdziecie Państwo "klikając" TUTAJ

Organizatorzy:
- Kawiarnia Mazagran;
- Stowarzyszenie Turystyka z Pasją;
- Fotografia Dokumentalna i Reportażowa - Rafał Maśny;

wtorek, 16 maja 2017

III Turystyczna Majówka już za nami

Rozpoczęcie III Turystycznej Majówki w Zamościu -
fot. Nowy Kurier Zamojski
W słoneczną sobotę, 6 maja przed godziną 10.00, na Rynku Wielkim, przy schodach ratusza, zaczęło gromadzić coraz więcej osób. Pod schodami ulokowaliśmy Punkt Informacyjny, w którym można było pobrać Karty Odkrywcy Twierdzy Zamość. Gdy zegar na wieży ratusza wybił 10.00 rozpoczęła się III Turystyczna Majówka w Zamościu.
Imprezę otworzył pan Prezydent Andrzej Zastąpiło a następnie pan Dyrektor Muzeum Zamojskiego w Zamościu Andrzej Urbański. Następnie Dominika Lipska ze Stowarzyszenia Turystyka z Pasją, które już po raz trzeci zorganizowało Turystyczną Majówkę, wyjaśniła zasady uczestnictwa w imprezie. Biletem wstępu do obiektów były Karty Odkrywcy Twierdzy Zamość, na których z jednej strony była mapka z oznaczonymi na niej obiektami udostępnionymi do zwiedzania. W legendzie można było przeczytać również , o której godzinie w danym punkcie można zwiedzić go z przewodnikiem. Były umieszczone tu również najważniejsze przydatne informacje. Między innymi na przykład, że warunkiem uczestnictwa w konkursie z nagrodami jest zebranie co najmniej połowy pieczątek z odwiedzanych obiektów. Na drugiej stronie karty były miejsca na pieczątki z obiektów. Do akcji dołączyły się Muzeum Zamojskie w Zamościu, Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał i Pawilon pod Kurtyną, Galeria Rzeźby prof. Mariana Koniecznego, Muzeum Sakralne Katedry, Taras Widokowy na Dzwonnicy Katedralnej, Muzeum Techniki Drogowej i Mostowej, Muzeum Fotografii pana Adama Gąsianowskiego, Trasa Turystyczna Oficyn Ratusza, Wieża Ratuszowa, Trasa Turystyczna w Bastionie VII, Zbyrczyk Obóz Wojskowy na Nadszańcu, Galicya Cafe na Rynku Solnym, Kawiarnia Mazagran, Ścieżka Dydaktyczna Czar PRL-u w Nowej Bramie Lubelskiej oraz dwa nasze obiekty Kojec w Parku Miejskim i Wystawa Kostiumów Historycznych „Koronki, tiurniury, aksamity…”. W tym miejscu chcielibyśmy podziękować wszystkim Partnerom akcji, bez Państwa Majówka Turystyczna nie byłaby tak atrakcyjna. Ze wstępnych obliczeń wynika, że w III Turystycznej Majówce wzięło udział około 350 osób.
Nasi "Majówkowicze" - fot. Nowy Kurier Zamojski
Od godziny 14.00 czekaliśmy na zdrożonych Majówkowiczów przy Kazamacie Zachodniej Bastionu II z grillowanymi kiełbaskami i kompocikiem oraz konkursem. Choć niebo się trochę zachmurzyło i majowy deszczyk trochę nas pokropił to ani Majówkowiczów ani Organizatorów nie opuszczały dobre humory. Przy tej okazji chcielibyśmy podziękować Hotelowi i Restauracji Renesans za zasponsorowanie grilla. Dziękujemy również Biuru Turystycznemu TravelTime Zamość za vouchery na wymarzone wakacje, Biuru Turystycznemu Quand za wycieczki do Lwowa, Goodi Foodi z Rewia Park w Zamościu za bony na zakupy i zdrową niespodziankę oraz Galicya Cafe za aromatyczną leśmianowską kawę, wszystkie nagrody powędrowały do naszych wspaniałych uczestników.
Dziękujemy Prezydentowi Miasta Zamościa za objęcie Majówki honorowym patronatem. Dziękujemy Straży Miejskiej i tym wszystkim, których nie wymieniłam, a którzy wsparli nas w organizacji III Turystycznej Majówki.
Dziękujemy również licznie przybyłym mediom, a w tym miejscu w szczególności Nowemu Kurierowi Zamojskiemu, na łamach, którego możemy zrelacjonować Majówkę i podziękować wszystkim naszym partnerom, sponsorom, uczestnikom…
Na koniec chciałabym podziękować Karolinie, Kamili, Andrzejowi i Rafałowi naszym Wspaniałym Wolontariuszom oraz Ani, Sylwii, Kasi, Jackowi i Tomaszowi członkom Turystyki z Pasją, którzy informowali, pilnowali kiełbasek, wydawali Karty Odkrywcy, oprowadzali, służyli wszelką pomocą, bez Was zapanowałby chaos.

Do zobaczenia za rok na kolejnej IV już Majówce!

Dominika Lipska - Turystyka z Pasją

Więcej zdjęć z III Turystycznej Majówce zobaczysz na stronie: Nowego Kuriera Zamojskiego oraz Naszego Miasta Zamość oraz Tutaj

piątek, 10 marca 2017

Cmentarz Orląt Lwowskich - najważniejsze dla Polaków miejsce we Lwowie

Zimowy Cmentarz Orląt Lwowskich - fot. Turystyka z Pasją
Dzisiaj postanowiłem zaprosić Was na kontynuację spaceru po Lwowie, który ja miałem okazję odbyć podczas wyjazdu 21 stycznia br. Tym razem wybierzemy się, wraz z autorem przewodnika „Spacer po Lwowie” panem Sławomirem Koprem do miejsca szczególnego – Cmentarza Orląt Lwowskich.
„Jednym z najważniejszych dla Polaków miejsc we Lwowie jest Cmentarz Orląt Lwowskich – miejsce spoczynku bohaterskich obrońców miasta z czasów wojny z Ukraińcami w latach 1918 – 1920. Obrona ta była jednym z najpiękniejszych symboli polskiego patriotyzmu i dowodem miłości do rodzinnego miasta – epopeją, z którą może się równać tylko powstanie warszawskie.  
W obronie Lwowa czynnie wystąpiła młodzież – blisko połowa bojowników nie miała 25 lat, a wielu z pośród nich było jeszcze uczniami. Przez trzy tygodnie walk poległo 439 obrońców, w tym 120 uczniów i 76 studentów. Najmłodsza z ofiar miała 13 lat, a o rok starszy Jurek Bitschan zginął ostrzeliwując się do końca na Cmentarzu Łyczakowskim. Walczyli i ginęli za polski Lwów potomkowie zamożnych mieszczańskich rodzin, dzieci rzemieślników oraz bezrobotnych. Własną krwią udowodniło patriotyzm rodzeństwo Grabskich – najmłodsze z trójki miało 15 lat, najstarsze 21. Ich poświęcenie nie poszło na marne – Lwów ponownie stał się polskim miastem, choć tylko na 20 lat.
Katakumby - fot. Turystyka z Pasją
W 1918 roku we Lwowie zdecydowanie dominowała ludność polska – Ukraińcy stanowili zaledwie 19% mieszkańców, ale przeważali w okolicach miasta. Obie narodowości uważały Lwów za najważniejszy dla siebie ośrodek kulturalny na zachodniej Ukrainie, co musiało spowodować wybuch wojny. Polacy nie doceniali jednak Ukraińców, dzięki czemu ci bez problemu opanowali w nocy z 31 października na 1 listopada strategiczne punkty Lwowa. Ku zdumieniu strony polskiej, rankiem, nad budynkiem ratusza powiewała niebiesko – żółta flaga.
Chociaż polskie organizacje wojskowe w mieście nie były specjalnie liczne (ok. 900 osób), to nasi rodacy przewyższali przeciwnika determinacją i patriotyzmem. A przodowała w tym młodzież szkolna i akademicka. Powstające patriotyczne grupy bojowe podejmowały często walkę bez uzgodnienia z dowództwem, wykazując ogromne oddanie. Mimo tego, że dyscyplina nie była najmocniejszą stroną polskich ochotników, to ich odwaga i determinacja rekompensowały wszystko. Do tego dochodziła jeszcze znajomość terenu – dla lwowskich ochotników zaułki miasta były naturalnym, znanym od urodzenia środowiskiem. Tymczasem oddziały ukraińskie składały się głównie z mieszkańców wsi, którzy nie orientowali się w topografii Lwowa.
Cmentarz Orląt - fot. Turystyka z Pasją
Obie strony konfliktu z reguły zachowywały się w rycerski sposób (chociaż zdarzały się również odstępstwa – to jednak była wojna). We wspomnieniach Józefa Wittlina można znaleźć informację, że ukraiński oficer wstrzymał ogień po to, by autor mógł bezpiecznie wraz z rodziną dotrzeć do domu. Przerwano również zacięte walki o Dworzec Główny, unikając w ten sposób masakry setek zdemobilizowanych żołnierzy innych narodowości, którzy usiłowali wydostać się ze Lwowa. Warunki rozejmu dowódcy omawiali w spokojnej rozmowie – przy chlebie z kiełbasą i wódce. Inny rozejm, na jednej z ulic miasta, zakończył się w nietypowy sposób. Ukraińcy odnieśli do polskich stanowisk oficera, którego tak serdecznie ugościli, że zasnął po ich stronie. Pół godziny później wznowiono ogień.
Polski dowódca obrony Lwowa, kapitan Czesław Miączyński, zachowywał trzeźwy osąd sytuacji. Podwładni uważali, że postępuje zbyt ostrożnie, ale on za wszelką cenę unikał niepotrzebnego rozlewu krwi. Ofiar i tak było bardzo dużo, a Polakom brakowało sił, by wyprzeć Ukraińców z miasta, wobec czego skoncentrowali się na utrzymaniu strategicznych punktów i czekał na odsiecz z centralnej Polski. 
Mogiły na cmentarzu - fot. Turystyka z Pasją
20 listopada 1918 roku na Dworzec Główny wjechały pociągi z wojskiem i amunicją. Odsieczą dowodził podpułkownik Michał Karaszewicz – Tokarzewski. Nie tracono czasu i już następnego ranka polskie natarcie zakończyło walki we Lwowie. Chociaż Ukraińcy utrzymali niektóre pozycje, to ostatecznie ewakuowali miasto. Rankiem 22 listopada Lwów znów stał się polskim miastem.
Wkrótce po zakończeniu walk powstało towarzystwo Straż Mogił Polskich Bohaterów, którego celem była budowa cmentarza – pomnika. Rozpisano konkurs, a z pięciu projektów wybrano ofertę przedstawioną przez Rudolfa Indrucha. Zaskoczeniem był młody wiek autora – Indruch był studentem miejscowej politechniki, jednym z obrońców Lwowa. Po wyborze oferty zrezygnował z należnego honorarium, ogłaszając, że projekt przekazuje miastu bezinteresownie. Było to wyrazem uznania dla poległych obrońców miasta, wśród których było wielu jego przyjaciół. Indruch nigdy zresztą nie zobaczył realizacji własnych koncepcji, albowiem zmarł w 1924 roku, mając zaledwie trzydzieści lat.
Pamiątkowa Płyta - fot. Turystyka z Pasją
Prace nad nekropolią trwały do wybuchu II wojny światowej. Projekt Indrucha przewidywał bramę cmentarną z rzeźbą orła przytulającego orlęta, zadrzewioną aleję, trzy szeregi kamiennych schodów i trzy półkoliste tarasy z prostymi nagrobkami. Centralne miejsce nekropolii zarezerwowano dla łuku triumfalnego z kolumnadą, zwieńczonego posągiem rycerza opartego na mieczu, flankowanego lwami trzymającymi w łapach herb miasta. Do tego katakumby, kaplica w kształcie rotundy i pomniki poległych ochotników amerykańskich i francuskich.
Poświęcenie kaplicy odbyło się 23 września 1925 roku. Uroczyście złożono w katakumbach szczątki 72 obrońców poległych na różnych odcinkach frontu. Niebawem na cmentarzu odbyła się inna wzruszająca uroczystość. Ekshumowano i przewieziono do Warszawy prochy nieznanego żołnierza, które następnie umieszczono w grobowcu na placu saskim. 
Do wybuchu II wojny światowej na cmentarzu spoczęły szczątki 2859 poległych, w tym trzech amerykańskich lotników z eskadry imienia Tadeusza Kościuszki oraz 17 ochotników francuskich. Pogrzebano tu również osoby, które zasłużyły się w obronie Lwowa, a zmarły później z przyczyn naturalnych.
Przyłączenie Lwowa do ZSRR oznaczało zorganizowaną dewastację cmentarza. Na jego terenie powstało składowisko odpadów budowlanych, w brutalny sposób niszczono rzeźby i nagrobki. W sierpniu 1971 roku na cmentarz wjechały czołgi, rozjeżdżając gąsienicami polskie mogiły; do brutalnej, niszczycielskiej akcji użyto również materiałów wybuchowych. Cztery lata później w katakumbach i kaplicy powstał zakład kamieniarski, do którego przez pola grobowe wytyczono drogę dla samochodów ciężarowych. Wydawało się, że los Panteonu polskiej chwały został ostatecznie przesądzony – cmentarz przypominał zaśmiecone gruzowisko, a na jego obrzeżach wypasano krowy.
Pierwsze roboty porządkowe wykonali tu pracownicy „Energopolu” pod koniec lat 80-tych ubiegłego stulecia. Imperium sowieckie rozpadało się, a zajęte ważniejszymi problemami władze ZSRR nie poświęcały polskiemu cmentarzowi specjalnej uwagi. Inicjatywę odbudowy wsparło lwowskie Towarzystwo Opieki nad Grobami Wojskowymi, jednak przez pewien czas prace miały charakter półlegalny. Oficjalnie do renowacji przystąpiono w 1991 roku, po ogłoszeniu niepodległości Ukrainy (Polska jako pierwsza uznała suwerenność władz w Kijowie). Był to jednak dopiero początek długiego procesu, który do dzisiaj właściwie nie został zakończony”. 
Tak to właśnie w swoim przewodniku opisuje Cmentarz Orląt Lwowskich pan Sławomir Koper. Mimo tak wspaniałego i rzeczowego opisu tego miejsca, nic nie odda atmosfery odwiedzenia go osobiście. Skorzystałem z tego przewodnikowego opisu dla tego by podkreślić, z jednej strony jego merytoryczność i dogłębne potraktowanie tematu, a z drugiej strony dla tego, że własnymi słowami trudno mi byłoby opisywać miejsce uświęcone krwią bohaterów poległych w obronie Lwowa. Zachęcam do odwiedzenia cmentarza podczas wizyty we Lwowie.

Źródła: Sławomir Koper –  „Przewodnik po Kresach – Spacer po Lwowie”; Warszawa 2008

Polecam wyjazdy do Lwowa z Biurem Turystycznym Quand


sobota, 18 lutego 2017

Cmentarz na Łyczakowie - sentymentalny spacer po nekropolii

Cmentarz Łyczakowski - nagrobek Józefy Markowskiej z 1887 oku dłuta
Juliana Markowskiego - fot. Turystyka z Pasją
Po raz kolejny (i na pewno nie ostatni) pragnę Was Kochani zabrać w sentymentalną podróż do Lwowa. Dzisiaj wybierzemy się wspólnie na zimowy spacer po Cmentarzu Łyczakowskim. Ja odwiedziłem go ostatnio 21 stycznia br. podczas wycieczki zorganizowanej przez zaprzyjaźnione Biuro Turystyczne Quand, które specjalizuje się między innymi również w wyjazdach na Ukrainę. Mimo tego, że Lwów odwiedzałem niejednokrotnie, to nie podejmę się narracji opowiadania o tym wspaniałym mieście, a tym bardziej o Cmentarzu na Łyczakowie. Każdą wizytę tam przezywam bardzo osobiście i wiąże się ona z dużą dawką emocji. Dlatego postanowiłem posłużyć się tutaj przewodnikowym opisem specjalisty w tematyce nie tylko lwowskiej a mianowicie na „Przewodniku po Kresach – Spacer po Lwowie” Pana Sławomira Kopra. 
Kaplica Grobowa Baczewskich -
fot. Turystyka z Pasją
Pisze on we wspomnianym Przewodniku tak o Cmentarzu na Łyczakowie: „Gdyby wybrać czterynajsłynniejsze polskie nekropolie, to w tym spisie na pewno nie zabrakłoby lwowskiego cmentarza na Łyczakowie. To miejsce równie ważne dla polskiej kultury, jak warszawskie Powązki, wileńska Rosa, czy cmentarz Rakowiecki w Krakowie. Tę założoną w 1786 roku nekropolię zaprojektowano jako cmentarz krajobrazowo – parkowy, a zatem również jako miejsce spacerów, refleksji i zadumy. Oczekiwano, że cmentarz stanie się terenem działalności rzeźbiarzy i poetów, a więc jedną z wizytówek miasta.
Miejsce dla przyszłej nekropoli wybrano wyjątkowo starannie: pagórkowa rzeźba terenu, zbocza z tarasami, szczyt o kształcie kurhanu. Nie zawiedli wykonawcy inwestycji – Karol Bauer, zarządca ogrodu botanicznego lwowskiego uniwersytetu, starannie wytyczał ronda, alejki i pola grabowe. A reszta była już w rękach artystów – pomniki, obeliski, kaplice projektowali i tworzyli najlepsi lwowscy rzeźbiarze i architekci. Obecnie na łyczakowskim cmentarzu znaleźć można chyba wszystkie antyczne i chrześcijańskie symbole żałobne. Widzimy tu postaci kobiet obejmujących sarkofagi, płaczki, zadumane anioły, symbole miłości i ukojenia, pokory i rezygnacji.
Nagrobek Marii Konopnickiej -
fot. Turystyka z Pasją
Sławy cmentarza nie byłoby jednak, gdyby nie sława osób tutaj pochowanych. Na Łyczakowie odbywały się pogrzeby polityków (Smolka), wojskowych (Ordon), naukowców (Banach, Kętrzyński, Balzer, Dybowski), malarzy (Grottger, Harasimowicz), pisarzy (Konopnicka, Zapolska, Łoziński, Goszczyński, Bełza). Na oddzielną uwagę zasługują kwatery powstańców listopadowych i styczniowych oraz Cmentarz Obrońców Lwowa. Pogrzeby znanych person cieszyły się tak ogromnym zainteresowaniem, że lwowski satyryk, Jan Lam, pisał ironicznie: „Wyrabia się u nas specjalność jedyna w swoim rodzaju: oto człowiek może lepiej urodzić się gdzie indziej, lepiej się ożenić, lepiej ochrzcić dzieci, ale nigdzie nie może mieć piękniejszego pogrzebu. Weszło już nawet w modę zapraszać już znakomitych ludzi, aby przyjeżdżali umierać we Lwowie”.
Cmentarz na Łyczakowie nie jest miejscem przeznaczonym do zwiedzania na jeden dzień. To nekropolia, którą należy poznawać spokojnie bez pośpiechu, spacerować spokojnie wśród drzew, krzewów, rzeźb i nagrobków. Wędrować wśród grobów Polaków, którzy tworzyli dzieje tego miasta. Można wysiedlić ludność, można sfałszować historię, ale nie można wymazać z pamięci ludzi, których groby zachowały się do dzisiaj.
Wśród nagrobków, szczególną uwagę zwracają 23 zachowane kaplice nagrobne. Najstarszą z nich wzniesiono dla rodziny Dunin – Borkowskich (1812 r.). (…)
(…) Wyjątkowe znaczenie dla zwiedzających nekropolię mają nagrobki, na których z różnych
Nagrobek Gabrieli Zapolskiej -
fot. Turystyka z Pasją
przyczyn nie zachowały się inskrypcje o zmarłych. To pobudza wyobraźnię – możemy oddać się własnym domysłom na temat ludzkich dramatów z przed lat. Nie wiemy, kto spoczywa w grobowcu ozdobionym figurą małej dziewczynki (tzw. Dziunia), autorstwa Leonarda Marconiego; nie wiadomo również czyje szczątki kryją dwa grobowce zwieńczone wspaniałymi posągami Juliana Markowskiego. Szczególne uczucia wzbudza mogiła nieznanego z nazwiska Leosia; z zachowanego z niej napisu wynika, że chłopiec żył zaledwie rok. Antoni Schimser wyrzeźbił zadumaną, uskrzydloną postać siedzącego na postu męcie Hypnosa. Uważnemu obserwatorowi może się wydawać, że bóg snu znalazł się w tym miejscu tylko na chwilę, aby zaczerpnąć tchu przed dalszą podróżą. Za chwilę odleci w nieznane, aby usiąść obok kolejnego umierającego, zsyłając na niego sen, który przyniesie ulgę w cierpieniu, nawet jeśli chory więcej się już nie obudzi”
Odbyliśmy wspólnie z autorem przewodnika „Spacer po Lwowie” wirtualny, sentymentalny spacer po łyczakowskiej nekropolii. Mimo tego, że autor opisuje w wyjątkowy i ciekawy sposób zaułki Lwowa, polecam Wam Wszystkim odwiedzenie tego miejsca osobiście, by wraz z przewodnikiem poczuć magię nekropoli i tak jak ja osobiście, nie jednokrotnie doświadczyć nieopisanego uczucia jakie towarzyszy miejscu wiecznego spoczynku, tak wielu wybitnych Polaków.
P.S. Specjalnie nie pisałem tutaj o bardzo ważnej w naszej historii części Cmentarza Łyczakowskiego, jaką jest Cmentarz Orląt Lwowskich, gdyż temu tematowi chcę w najbliższym czasie poświęcić osobny post na blogu.

Gorąco polecam lekturę opisu mojego pobytu we Lwowie, a w szczególności w Operze Lwowskiej w linku poniżej:
TUTAJ

Zachęcam do wycieczek, nie tylko do Lwowa z Biurem Turystycznym Quand
Zapoznaj się z ofertą Biura:
TUTAJ



środa, 11 stycznia 2017

Początek roku - czas na podsumowanie cz. I - Wydarzenia organizowane przez Stowarzyszenie Turystyka z Pasją

"W poszukiwaniu najlepszej kawy" - fot. Dariusz Szopa
Początek roku to dobry czas na podsumowanie tego co działo się w minionym 2016 roku. To czas oceny tego co udało się zrobić, zrealizować, dokonać w czasie ostatnich dwunastu miesięcy. To także czas na zastanowienie nad tym co nam się udało, jak i nad tym co można było zrobić, a także nad tym co można było zrobić lepiej. Ja w tym podsumowaniu skupię się głównie na tym co zostało zrobione, a pozostałe aspekty postaram się  pominąć, gdyż uważam że zawsze jest coś co dałoby się zrobić inaczej, lepiej. Na to przyjdzie czas w Nowym 2017 Roku. W najbliższym czasie postaram się „naskrobać” posta o planach na rok bieżący. Nie mam zamiaru również chwalić się w tym miejscu własnymi sukcesami, czy rozpatrywać porażki, a skupię się głównie na tym co udało nam się wypracować wspólnie w ramach Stowarzyszenia Turystyka z Pasją.
Zawsze w przełomowym okresie zastanawiamy się jak ocenić miniony rok. W mojej ocenie był to dobry rok dla naszego Stowarzyszenia, rokujący dobrze na przyszłość. Postaram się w tym miejscu we w miarę chronologiczny sposób przypomnieć Wam (i sobie) o tym co działo się u nas w 2016 roku. Rozpocznę od podsumowania wydarzeń i inicjatyw, które udało nam się zrealizować w minionym roku.
II Turystyczna Majówka w Zamościu - fot. Nowy Kurier Zamojski
Dużym odzewem cieszyła się zorganizowana przez nas już II Turystyczna Majówka w Zamościu, która miała miejsce 7 maja br. I zgromadziła dużą rzeszę turystów i mieszkańców miasta pragnących w tym dniu zwiedzić Miasto Idealne. Całość rozpoczęła się polonezem na Zamojskim Rynku Wielkim w wykonani gimnazjalistów z Gimnazjum im mjr Hieronima Dekutowskiego w Lublinie. Podczas imprezy można było zwiedzać ciekawe miejsca w Zamościu takie jak min. Muzeum Zamojskie, Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał, Muzeum Sakralne, Muzeum Starej Fotografii, Trasę turystyczną w podziemiach Zamojskiego Ratusza, Trasę Turystyczną w Bastionie VII, Ścieżkę Dydaktyczną z okresu PRL-u, czy skorzystać z możliwości wejścia na Wieżę Ratuszową, czy skosztowania wybornej kawy w Galicya Cafe. Całość imprezy zakończyła się wspólnym ogniskiem na plateau Bastionu VII i losowaniem nagród dla uczestników ufundowanych przez naszych sponsorów. Wszystkim, którzy wzięli udział w Majówce, jak i tym, którzy przyczynili się swoim zaangażowaniem i wkładem w jej uświetnienie Serdecznie Dziękuję w imieniu własnym, jak i całego Stowarzyszenia Turystyka z Pasją.
W ramach imprezy rekonstrukcyjnej „Szturm Twierdzy Zamość” przy współpracy z Miastem Zamość 28 maja zorganizowaliśmy darmowe zwiedzanie Twierdzy Otwartej połączone z odwiedzinami w obozie wojskowym, w którym stacjonowały grupy rekonstrukcyjne biorące udział w imprezie. Zwiedzanie cieszyło się dużym zainteresowaniem turystów odwiedzających w tym dniu Zamość.
Legenda Stołu Szwedzkiego - fot. Mirosław Chmiel
Natomiast na zakończenie ubiegłorocznego „Szturmu Twierdzy Zamość” na Rynku Wielkim miała miejsce premiera inscenizacji „Legendy Stołu Szwedzkiego czyli Odprawy Posłów Szwedzkich podług Sienkiewicza Podanej”. Spektakle organizowane przez Stowarzyszenie można było oglądać również o 18:30 we wszystkie piątki i soboty lipca i sierpnia w kazamacie zachodniej Bastionu II oraz na najpiękniejszej scenie miasta, jaką jest Rynek Wielki podczas takich imprez jak Jarmark Hetmański, czy Festiwal Filmów Historycznych „Spotkania z historią. Nasza bądź co bądź amatorska inscenizacja spotkała się z dużym zainteresowaniem i ciepłym przyjęciem odwiedzających Zamość turystów jak i mieszkańców Hetmańskiego Grodu, którzy licznie uczestniczyli w przedstawieniach. Nie byłoby spektakli gdyby nie autor legendy Henryk Szkutnik, który nie tylko w zabawny i ciekawy sposób zobrazował pobyt wojsk szwedzkich pod Zamościem w roku 1656, ale także entuzjastycznie odniósł się do naszego pomysłu, pokazania po raz kolejny legendy szerszej grupie odbiorców. Nasz projekt finansowo wsparł Urząd Marszałkowski Województwa Lubelskiego, Urząd Miasta Zamość, Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej w Zamościu. Natomiast o to, że nasze stoły (zarówno Polski jak i Szwedzki) były suto zastawione zadbały zamojskie restauracje. Za całe okazałe wsparcie Wszystkim (tym wymienionym jak i nie wymienionym) Serdecznie Dziękujemy!
Wystawa "Koronki, tiurniury, aksamity..." - fot. Turystyka z Pasją
Przez cały sezon turystyczny Stowarzyszenie Turystyka z Pasją starało się ubogacić ofertę turystyczną Miasta Zamościa oddając zwiedzającym takie atrakcje jak wystawa „Koronki, tiurniury, aksamity… - kostiumy i stroje historyczne od końca wieku XVI do końca XX wieku” mieszcząca się w kazamacie wschodniej Bastionu II, na której wraz z przewodnikiem można odkrywać nie tylko to jak zmieniała się moda na przestrzeni wieków, ale również posłuchać ciekawych historii związanych niekoniecznie tylko z samym Zamościem, w Kojcu w zamojskim Parku Miejskim można obejrzeć największą makietę miasta jak również posłuchać o dziejach kojca oraz o tym jak powstawało miasto – twierdza, a wybitny architekt Bernardo Morando pod okiem Wielkiego Jana Zamoyskiego projektował, a następnie wcielał w Zycie ideę Miasta Idealnego.
Przy Kojcu w Parku Miejskim 10 lipca miało miejsce uroczyste otwarcie „Letniej Świątynia Dumania”, w której to w pogodne, wakacyjne dni można było usiąść niemalże jak Kochanowski pod lipą i poczytać publikacje książkowe nawiązujące swoją tematyką do Zamościa, Roztocza oraz całej Lubelszczyzny. Była to całkowicie autorska inicjatywa Stowarzyszenia, którą udało nam się zrealizować dzięki wsparciu wydawnictw, autorów jak i naszych przyjaciół, którzy do „Świątyni” podarowali nam swoje zbiory książkowe. Oczywiście tradycyjnie już wszystkim dziękujemy!
Nocne zwiedzanie Zamościa - fot. Turystyka z Pasją
Wracając do atrakcji turystycznych oferowanych przez Stowarzyszenie Turystyka z Pasją warto oczywiście wspomnieć o Nocnym zwiedzaniu Zamościa współorganizowanym z Eko - Busikami Zamość, Restauracją „Renesans” i kawiarnią Galicya Cafe. Podczas nocnego zwiedzania można było odkryć Miasto Arkad w wyjątkowej nocnej scenerii, oświetlone efektownymi iluminacjami, przejechać wokół twierdzy meleksem, czy na zakończenie spróbować regionalnego cebularzyka czy skosztować roztoczańskiej naleweczki. 
Dla tych, którzy wolą odkrywać miasto za dnia przygotowaliśmy wraz z Biurem Turystycznym Quand zwiedzanie Zamościa dla turystów indywidualnych pod hasłem „Zwiedzaj z nami Zamość”. Podczas spaceru z przewodnikiem w stroju historycznym można było zgłębić wiedzę o „Padwie Północy” odwiedzić wystawę „Koronki, tiurniury, aksamity…” oraz makietę miasta w Kojcu w Parku Miejskim.
Podsumowanie II Roku Stowarzyszenia - fot. Dariusz Szopa
W rocznicę powstania Stowarzyszenia 9 października, przyszedł czas na podsumowanie dorobku II Roku naszej działalności. Podczas uroczystości po raz ostatni w ubiegłym roku mogliśmy obejrzeć inscenizację „Legendy Stołu Szwedzkiego” oraz zapoznać się z prezentacją obrazującą dokonania Stowarzyszenia. Drugie urodziny były także okazją ku temu by podziękować tym Wszystkim, którzy przyczynili się do tego co udało nam się zrobić w Tm okresie oraz czasem na wspólne spotkanie ludzi związanych z zamojską turystyką i kulturą. Nie było by tej imprezy (jak i większości organizowanych przez Stowarzyszenie), gdyby nie ludzie dobrej woli, podmioty gospodarcze oraz instytucje, które nas wspierają. Nie będę by nie przedłużać wymieniać wszystkich, wszystkim jednak pragnę gorąco podziękować w imieniu swoim jak i całej organizacji. Jesteście Wielcy!
Po „ścisłym” sezonie turystycznym oczywiście nie siedliśmy na laurach ale dalej staraliśmy się intensywnie działać. Jednym z efektów tych działań był wernisaż mini wystawy ambrotypów autorstwa Grzegorza Walezego z Atelier Historyczni w Lublinie, który miał miejsce 13 grudnia ubiegłego roku w kawiarni Galicya Cafe przy Rynku Solnym. Wystawa jest efektem sesji zdjęciowej jaką zorganizowaliśmy na początku października na patio Restauracji „Renesans w Zamościu”, której tytuł brzmiał „W poszukiwaniu najlepszej kawy”. 
Otwarcie Wystawy Ambrotypów - fot. Rafał Maśny
Długotrwałym projektem Stowarzyszenia był ogłoszony przez nas konkurs fotograficzny pt. „ Cztery Pory Roku z Pasją”. Zadanie konkursowe polegało na tym by uchwycić dany kadr z terenu województwa lubelskiego w przynajmniej dwóch porach roku. Celem konkursu była promocja ciekawych miejsc w naszym województwie. Na konkurs napłynęło bardzo wiele prac. Po burzliwych obradach kapituła konkursu 1 września przyznała nagrody i wyróżnienia najciekawszym pracom. Honorowy Patronat nad wydarzeniem objął Marszałek Województwa Lubelskiego Sławomir Sosnowski. Wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie, jak i sponsorom nagród Serdecznie Dziękujemy!
Miało być w telegraficznym skrycie o tym jakie wyzwania podjęło Stowarzyszenie Turystyka z Pasją w minionym 2016 roku, a wyszedł z tego całkiem długi wpis. W kolejnych postaram się już krócej odnieść do tego w jakich przedsięwzięciach wziąłem udział w ramach organizacji jak i indywidualnie oraz postaram się podsumować rok pod kątem działalności pilocko przewodnickiej w roku 2016.
Jeszcze raz z Nowym Rokiem życzę Wszystkim Szczęścia i Wszelkiej Pomyślności w życiu zawodowym i osobistym. Do zobaczenia już niebawem w kolejnych postach!

O podsumowaniu Roku Stowarzyszenia Turystyka z Pasją
przeczytacie także w moim artykule do najnowszego wydania Nowego Kuriera Zamojskiego