Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gmina rybczewice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gmina rybczewice. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2020

Pamiętajmy o naszym wspólnym dziedzictwie jakim są cmentarze

Ja podczas kwesty w 2016 roku

Od kilku lat pierwszy listopada kojarzył mi się nie tylko z dniem Wszystkich Świętych i wizytami na grobach bliskich zmarłych, ale również z cmentarną kwestą na rzecz ratowania zabytków cmentarnych. W tym roku ze względu na pandemię Covid - 19 będzie nieco inaczej. 
Ale troszkę wspomnień i historii.. Wszystko rozpoczęło się jeszcze w czasie kiedy mieszkałem w Lublinie. Który, to był rok? W tej chwili trudno mi sobie to przypomnieć w tej chwili. Wówczas to poznałem pana Stanisława Santarka, Przewodniczącego Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Lublina. Postanowiłem się przyłączyć, do prowadzonej przez Komitet zbiórki. Kwestowałem wówczas na cmentarzach przy ul. Lipowej.  Było to dla mnie, szarego przewodnika turystycznego ogromne wyróżnienie, gdyż wśród kwestujących byli znani przedstawiciele władz, ludzie kultury, ludzie, których znałem w dużej mierze jedynie z mediów. A cel zbiórki, jak najbardziej szczytny. Cmentarny przy Lipowej w Lublinie, to najbardziej znany zespół cmentarny we wschodniej Polsce. Jego założenie  datowane jest na rok 1794. Ma on wielonarodowy i wielowyznaniowy charakter, można na nim zobaczyć wiele nagrobków będących cennymi dziełami sztuki rzeźbiarskiej. A więc i potrzeby związane z renowacją zabytków cmentarnych ogromne. Cieszę się, że mogłem i ja dołożyć swoją skromną cegiełkę do tego by ocalić zabytki cmentarne dla potomnych.


Kiedy przeprowadziłem się do Zamościa również postanowiłem włączyć się kwestowanie. Tym razem na cmentarzu parafialnym przy ul. Peowiaków. Tu kwestowaliśmy corocznie z członkami naszego Stowarzyszenia Turystyka z Pasją nieprzerwanie, aż do roku ubiegłego. W tym roku miało być podobnie. Niestety pandemia pokrzyżowała nasze plany. Zbiórki do puszek w tym roku nie będzie. Decyzją rządu cmentarze w te dni są zamknięte dla odwiedzających. Zbiórka, dzięki zaangażowaniu Społecznego Komitetu Odnowy Cmentarza Parafialnego w Zamościu przybrała nieco inną, bezpieczną formę. Można wpłacać pieniądze na konto Komitetu podane na plakacie informacyjnym. Zachęcam Wszystkich, którzy mogą w ten trudny czas, do tego by wesprzeć tę jakże ważną i pożyteczną inicjatywę. 


Trzecia już kwesta odbędzie się również na cmentarzu w Częstoborowicach w mojej rodzinnej parafii. bardzo długo zastanawiałem się jak ruszyć temat ratowania pięknych zabytków cmentarnych na tej nekropoli. Na szczęście znaleźli się wspaniali ludzie, pasjonaci ze Stowarzyszenia Wspierania Aktywności Lokalnej Gminy Rybczewice, którzy podjęli się trudu zorganizowania zbiórki i ochrony zabytków cmentarnych. W tym roku zbiórka w Częstoborowicach także przeniosła się do internetu. Datki można wpłacać przez portal zrzutka.pl Więcej informacji na temat zbiórki dowiecie się klikając TUTAJ Polecam Wszystkim!
Nie zapominajmy o naszej wspaniałej historii, której jednym z elementów są właśnie cmentarze. Pamiętajmy o tym, że wcześniej czy później i my spoczniemy na nich. Szanujmy naszą kulturę, nasze niepowtarzalne dziedzictwo. Także to zamknięte w zabytkach cmentarnych.

sobota, 22 lutego 2020

Dzień Myśli Braterskiej - święto przyjaźni, od którego wszystko się zaczęło.


Ostatnie dni przyniosły prawdziwą kumulację ważnych dla mnie świąt. Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego, a dziś – Dzień Myśli Braterskiej, święto wszystkich zuchów, harcerzy i skautów na całym świecie.

Skąd wziął się Dzień Myśli Braterskiej?
22 lutego to dzień urodzin założyciela skautingu – Roberta Baden-Powell (1857) oraz jego żony Olave Baden-Powell (1889). Idea ustanowienia tego święta narodziła się w 1926 roku podczas czwartej Międzynarodowej Konferencji Skautek i Przewodniczek w Stanach Zjednoczonych. Początkowo był to dzień dedykowany dziewczętom, z czasem jednak do wspólnego świętowania dołączyli również skauci.
Dzień Myśli Braterskiej przypomina, że bez względu na kolor skóry, narodowość czy wiek, wszyscy skauci są dla siebie braćmi i siostrami. To czas życzeń, spotkań przy ognisku, gier terenowych, wysyłania kartek, a w wielu środowiskach także zbiórek charytatywnych. Tak pisze encyklopedia. A jak ja wspominam moje harcerskie czasy?

Moje początki – od zucha do harcerza
Nie wiem, czy gdy zaczynałem swoją krótką „karierę” skautową, Dzień Myśli Braterskiej był hucznie obchodzony. Być może był – ale zaczynałem tak wcześnie, że po prostu tego nie pamiętam. Do Drużyny Zuchów wstąpiłem w pierwszych latach szkoły podstawowej, prowadzonej przez moją wychowawczynię. Do dziś pamiętam swoje ślubowanie, próby odwagi i pierwsze sprawności. Ogromną dumę czułem wtedy, gdy wreszcie mogłem założyć zuchowy mundurek – kupiony przez mamę z niemałym trudem. Były to czasy przełomu – schyłek PRL-u i początki transformacji ustrojowej. Pamiętam, jak kazano nam przyszywać na rękawy naszywki „W rocznicę Manifestu PKWN”. Jako dziecko nie rozumiałem polityki – dumnie nosiłem odznaki, ku niezadowoleniu rodziców i dziadków. Z czasem jednak zmieniła się symbolika, a wraz z nią – rzeczywistość wokół nas. Na mundurach pojawiły się nowe emblematy, nawiązujące do „Solidarności” i rodzącej się wolnej Polski. My jednak w drużynie skupialiśmy się przede wszystkim na tym, co dla nas najważniejsze – zabawie, przygodzie i zdobywaniu sprawności. W przyszkolnym parku bawiliśmy się w podchody, organizowaliśmy piesze wycieczki, a gdy padał deszcz – graliśmy w planszówki i uczyliśmy się ogniskowych piosenek. Kolejne sprawności z czasem przykryły tę mniej chlubną naszywkę z PKWN.

Harcerstwo i początek mojej drogi. 
Z czasem wyrosłem z bycia zuchem i naturalnie trafiłem do drużyny harcerskiej działającej w Hufcu w Piaskach. Zaczęły się pierwsze noclegi pod namiotami, wspólne złazy, marsze na orientację. To właśnie wtedy narodziło się moje zainteresowanie szeroko pojętą turystyką. Patrząc z perspektywy lat, jestem przekonany, że to harcerskie początki skierowały mnie na drogę, którą idę do dziś – drogę przewodnika turystycznego. W drużynie działałem praktycznie do końca szkoły podstawowej. W szkole średniej harcerstwa w mojej miejscowości już nie było – był to trudny czas podziałów i przemian w całym Związku.

Choć formalnie nigdy do harcerstwa nie wróciłem, ideały, które wtedy poznałem – braterstwo, służba, odpowiedzialność, miłość do przyrody i wędrówki – odcisnęły trwały ślad na moim życiu. Zawsze sympatyzowałem i nadal sympatyzuję z ruchem skautowym. Dlatego w tym wyjątkowym dniu pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia:

Wszystkim Druhnom i Druhom – wszystkiego, co najlepsze.
Wytrwałości w wierności ideałom skautingu.
Niech każdy dzień przynosi nowe odkrycia, ciekawe wędrówki i szczere przyjaźnie.
Niech blask ogniska zawsze oświetla Wasze uśmiechnięte twarze.

Z harcerskim pozdrowieniem,
Druh Tomasz

Czuwaj!

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocne tradycje w mojej rodzinnej wsi... cz. II - ostatnia

Nadeszły wreszcie długo oczekiwane Święta Wielkanocne. W wielką niedzielę budziło się przed piąta, by wyrobić się na mszę rezurekcyjną na szóstą. Wdziewałem więc mundur Ochotniczej Straży Pożarnej przepasany czarnym, szerokim skurzanym pasem, ze srebrno niebieskim sznurem przewieszonym przez ramię. Na głowę zakładałem rogatywkę z granatowym otokiem i tak to wyposażony ruszałem do kościoła.
Rezurekcja tradycyjnie rozpoczynała się procesją wokół kościoła. Strażacy z całej parafii zapewniali uroczystą asystę podczas trzykrotnego obejścia świątyni. Kiedy ksiądz ogłosił, że Chrystus zmartwychwstał, a organista zaintonował uroczyste Alleluja z całym orszakiem, trzymając się za pasy i idąc tuż za księdzem skrywającym pod baldachimem monstrancję z Najświętszym Sakramentem, przy biciu dzwonów wyruszaliśmy na procesję.
W drodze powrotnej z kościoła odwiedzaliśmy naszych zmarłych na parafialnym cmentarzu, by podzielić się również z nimi wieścią o Zmartwychwstaniu Pańskim.Następnie, po powrocie do domu przygotowywaliśmy się do uroczystego śniadania wielkanocnego. Na stole tego dnia nie mogło oczywiście zabraknąć „święconki” białego barszczu, przygotowywanego przez babcię lub mamę, świątecznych kiełbas, wędlin i ciast. Był to dla mnie najważniejszy posiłek tego dnia. Kiedy zaspokoiliśmy głód przychodził czas na wspólne śpiewanie pieśni wielkanocnych, przy moim nieudolnym zresztą, akompaniamencie akordeonowym. To był bardzo wesoły czas, kończący definitywnie okres Wielkiego Postu, przygotowującego nas do świąt. Były życzenia telefoniczne, dla bliższej i dalszej rodziny. Szczególnie utkwiły mi w pamięci te przekazywane siostrze babci Krysi, cioci Genowefie, gdyż te obowiązkowo musiały być „okraszone” moim akordeonowym akompaniamentem.  
Po śniadaniu był czas na chwilę odpoczynku. Po „święconce” zawsze chciało i chce mi się spać… Na spanie jednak nie było zazwyczaj czasu, gdyż staropolskim obyczajem, kultywowanym w mojej okolicy było święcenie pól. Brało się poświęconą w Niedzielę Palmową palmę i wodę oświęconą w Wielką Sobotę i wyruszało się najpierw w obejścia gospodarcze, a następnie na pole by święceniem zapewnić urodzaj i dobrobyt w gospodarstwie. I tak schodziło aż do uroczystego świątecznego obiadu, i gościny, na którą to zazwyczaj chodziliśmy do babci Zosi. Kiedy była ładna pogoda w święta, zmawialiśmy się z koleżeństwem do lasu na „Meus”. Tradycja ta wzięła się z faktu opisanego w Dziejach Apostolskich, kiedy to uczniowie Jezusa, po jego śmierci i zmartwychwstaniu, wyruszają do wioski Emaus. Kiedy są w drodze niespodziewanie ukazuje im się zmartwychwstały Chrystus. Czemu „Meus” a nie Emaus? Pewnie ktoś po spożyciu w lesie, przy ognisku, większej ilości trunków, nie mogąc wymówić Emaus zmienił je na „Meuuus”. Podczas tych leśnych świątecznych spotkań pieczono kiełbaski, ziemniaki w ogniskach (praktykować tylko pod opieką dorosłych i zgodnie z przepisami przeciwpożarowymi) spożywano na świeżym powietrzu zakupione lub wypędzone nocą zapasy alkoholu. Było gwarno i wesoło. Całość kończyła się wspólnym powrotem do domu, któremu towarzyszyły „chóralne” śpiewy. I tak do wieczora. Pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych za nami.
W Wielkanocny Poniedziałek, zwany także „Lanym” należało wstać jak najwcześniej. Tego dnia wodą, perfumami oblewało się w pierwszej kolejności domowników. Kiedy wszyscy zostali odpowiednio pokropieni (co miało przynosić szczęście i powodzenie), a pogoda była sprzyjająca braliśmy akordeon i sikawki i wyruszaliśmy do sąsiadów. Pamiętam lata, kiedy żył jeszcze mój dziadek Kazimierz, że przemierzaliśmy w ten sposób od domu do domu odwiedzając i polewając sąsiadów śpiewając i grając wielkanocne pieśni. Gospodarze w tym dniu częstowali nas czym kto miał… jajkiem, kawałkiem kiełbasy, czy szklanicą alkoholu. Często po tym „poczęstunku” wracając do domu człowiek nadawał się jedynie do pójścia powrotem do łóżka. Często chodzeniem po tzw. „jajach” zajmowali się strażacy. Zwyczaj ten kultywowała głownie jednostka z Bazaru, gdzie poza symbolicznymi jajami zbierano również datki na rzecz miejscowej straży pożarnej.
Ja jako nieletni alkoholu nie spożywałem, więc po porannym oblewaniu szło się do kościoła. Pamiętam dobrze, kiedy to tego dnia ksiądz wikary zbierając ofiary, pod tacą trzymał sikawkę z wodą i symbolicznie polewał przybyłych na nabożeństwo parafian. Po wyjściu z kościoła rozpoczynała się prawdziwa wodna bitwa. Najbardziej obrywały wodą młode panny, które często do domów wracały bez jednej suchej nitki na sobie.
W Lany Poniedziałek, w odróżnieniu od Wielkiej Niedzieli, kiedy to przy stole spotykała się głównie rodzina, odwiedzało się lub zapraszało do siebie znajomych i sąsiadów. Podczas popołudniowego świętowania także nie obywało się bez polewania wodą i składania sobie świątecznych życzeń.
Wieczorem natomiast, cała młodzież wyruszała tłumnie na pierwszą po okresie Wielkiego Postu zabawę, gdzie… oczywiście do remizy OSP. Dopiero w późniejszym okresie imprezy w remizach zastąpiły dyskoteki w klubach.
I tak powoli te radosne, wiosenne święta przechodziły do historii… Podobnie jak zdarzenia opisywane tutaj przeze mnie. W sumie nie tak odległe czasowo, a tak dalekie. Szkoda, że wiele tradycji związanych ze świętami, folklorem wiejskim zanika i odchodzi w zapomnienie. Mam nadzieję, że chociaż niektóre przetrwały do dzisiaj w Waszych domach. Na zakończenie, życzę Wszystkim miłego dalszego Świętowania w gronie przyjaciół i rodziny.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Wielkanocne tradycje w mojej rodzinnej wsi... cz. I

W związku z przeżywanymi obecnie najważniejszymi chrześcijańskimi świętami – Wielkanocą, postanowiłem powrócić pamięcią do lat mojego dzieciństwa i do tego jak ten czas wyglądał dawniej, jak zapisał się w mojej pamięci z lat dzieciństwa. Przenieśmy się, po raz kolejny do mojej rodzinnej wsi Rybczewice w województwie lubelskim i poczujmy zapach wiosny, zapach świątecznych potraw… smaków młodości.
Okres Wielkanocny, po okresie wielkiego postu, rozpoczynał się już w Niedzielę Palmową, kiedy to szło się do kościoła z przygotowaną (lub kupioną na targu w niedalekich Piaskach) palmą, którą na pamiątkę rzucania zielonych gałęzi pod kopyta osiołka na którym Jezus tego dnia wjechał do Jerozolimy, tego dnia święcono w kościele. Czym większa i bardziej zdobna palma tym gospodarz bardziej zamożny, a panna bardziej posażna. Podczas mszy zbierano ofiary przeznaczone na kwiaty do Bożego Grobu.
Już od początku Wielkiego Tygodnia trwały przygotowania do zbliżających się świąt. Porządkowano domostwa i ogrody, wędzono kiełbasy i mięsiwa, pieczono placki… Wszędzie było gwarno i pachniało świątecznie, wiosennie.
W Wielki Czwartek wieczorem w kościele, Mszą Wieczerzy Pańskiej,  rozpoczynało się Triduum Paschalne, czyli trzy najważniejsze dni w kalendarzu liturgicznym kościoła katolickiego. Na zakończenie nabożeństwa w uroczystej procesji przenoszono najświętszy sakrament do tzw. Ciemnicy. W kościele milkną dzwony, zastępowane drewnianymi kołatkami. Od tego czasu, aż do Mszy Świętej Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę, nie sprawowana jest eucharystia. 
Wielki Piątek to dzień śmierci Jezusa, w którym zamiast mszy św. odprawiana jest droga krzyżowa i liturgia męki pańskiej, podczas, której kapłan dokonuje przeniesienia Ciała Chrystusa do symbolicznego Grobu Pańskiego. Od kiedy pamiętam aranżacją grobu w naszym parafialnym kościele w Częstoborowicach zajmował się, dzisiaj już niestety śp. Franciszek Skrętkowicz, wieloletni nauczyciel Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego wraz z uczniami Liceum Ogólnokształcącego w Rybczewicach w którym uczył. I Mnie także zdarzało się brać w tym udział. Pamiętam jak wywieszano stare płótna imitujące motywy roślinności jerozolimskiej, a skały groty zastępowano odpowiednio zmiętymi szarymi papierami pakowymi. Wewnątrz grobu składano naturalnych rozmiarów figurkę Chrystusa.
Na zakończenie liturgii Wielkiego Piątku, kiedy już symbolicznie złożono Pana Jezusa do grobu, ustawiano przed nim straże. W rolę strażników wcielali się strażacy z Ochotniczych Straży Pożarnych z terenu naszej parafii. W galowych mundurach pełniliśmy straże, według ustalonego od lat harmonogramu. Rozpoczynała miejscowa Straż Pożarna z Częstoborowic i Podizdebna, która pełniła straż przez całą piątkową noc, aż do pierwszego święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, Następnie warty przy Grobie Pańskim obejmowali strażacy z mojej rodzimej jednostki OSP w Rybczewicach, którzy pełnili służbę do sobotniego wieczoru, kiedy to ustępowaliśmy miejsca naszym kolegom z Ochotniczej Straży Pożarnej z Bazaru. Strażacy pełnili warty, aż do uroczystej mszy rezurekcyjnej w Niedzielę Wielkanocną.
W wielką sobotę rano, tradycyjnie święciło się pokarmy. Do koszyczka niesionego do kościoła wkładało się obowiązkowo przygotowane wcześniej przez babcię czy mamę pisanki, wędzoną kiełbasę i wędlinę, chrzan, sól, ciasto. Nie mogło też zabraknąć wielkanocnego baranka – symbolu zmartwychwstania. Koszyki przyozdabiane były zielonymi liśćmi fiołków lub gałązkami bukszpanu. Z takim koszykiem pędziło się jak najraniej do świątyni, gdyż w moim domu przyjęło się uważać moment poświęcenia pokarmu, momentem zakończenia wielkopiątkowego postu. 
Po poświęceniu pokarmów, wówczas kiedy wszedłem już w wiek młodzieńczy, zakładałem wyjściowy mundur strażacki i pędziłem na adorację przy Grobie Pańskim. To był wielki zaszczyt, na który czekało się cały rok. Uroczyście zmieniające się warty trwały ok. 20 -30 min. Stróżówkę mieliśmy na dole, przed murami kościoła, w dawnej salce katechetycznej, przez to za każdym razem trzeba było przy zmianie warty wspiąć się po stromych krytych schodach prowadzących przez dzwonnicę do kościoła.
Do domu wracało się dopiero po wieczornej Mszy Wigilii Paschalnej, przed którą przed kościołem palono ognisko z tarniny, sprawując misterium ognia, a następnie podczas misterium wody święcono wodę, która miała służyć przez cały rok miejscowym parafianom.
Po powrocie do domu następowały ostatnie przygotowania do Uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. Po całodziennej warcie przy Grobie zasypiało się dosyć szybko mając świadomość, że trzeba będzie jutro przed świtem wstać i udać się do kościoła na Mszę Rezurekcyjną. C.D.N.

wtorek, 26 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. III - Św. Szczepan

Nasza grupa kolędnicza (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia zawsze miał dla mnie szczególny smak. Może dlatego, że nosił w sobie coś więcej niż tylko świąteczną powagę – był dniem radości, swobody i ludowej tradycji, którą dziś wspominam z lekkim uśmiechem i ogromną nostalgią. To właśnie wtedy, w moim rodzinnym domu w Rybczewicach na Lubelszczyźnie, Święta zaczynały nabierać innego tempa. Jeszcze o poranku, zanim wyruszaliśmy do kościoła, tato – a z czasem również ja – mieliśmy swoje ważne zadanie. Trzeba było przygotować woreczek z owsem. Im większy, tym lepszy. Owies ten zabieraliśmy ze sobą na mszę świętą ku czci św. Szczepana. Dla mnie był to zawsze dzień wyjątkowy, bo właśnie wtedy najbardziej ciągnęło mnie na chór muzyczny. Nie dlatego, że odkrywałem w sobie nagłe powołanie do śpiewu, ale z dużo prostszego i bliższego sercu powodu – na chórze śpiewali moi dziadkowie od strony mamy. Często zabierali mnie ze sobą, a ja chłonąłem wszystko: dźwięk organów, ruch miecha, potęgę chóralnego śpiewu i atmosferę miejsca, które wydawało mi się niemal magiczne. Podczas mszy ksiądz święcił przyniesiony owies – ten sam, który później dosypywano do wiosennego siewu, wierząc, że zapewni on urodzaj i pomyślność. Ale św. Szczepan miał też swoje bardziej… żywiołowe oblicze. Gdy kapłan przechadzał się wzdłuż kościelnej nawy, „wymachując” kropidłem, wierni zaczynali obrzucać go garściami owsa. I tu właśnie chór okazywał się miejscem strategicznym – stamtąd najłatwiej było celnie obsypać biednego duchownego, który często, chcąc uniknąć gradu ziaren, zasłaniał głowę kapturem. Po chwili w świątyni rozpętywała się prawdziwa bitwa. Pamiętam, jak nasz wieloletni organista, śp. Kazimierz Marciszuk, niemal własnym ciałem osłaniał organy, by ziarno nie wpadło między klawisze i piszczałki. Zdarzało się, że z pełnego worka owsa do domu wracaliśmy zaledwie z garstką ziaren – albo i z niczym. Posadzka kościoła po mszy była cała nimi zasypana. Ten zwyczaj, choć pełen śmiechu, miał swoje głębokie znaczenie – nawiązywał do męczeńskiej śmierci św. Szczepana, ukamienowanego za wiarę. Na szczęście w naszej tradycji kamienie zastąpił owies.
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Po powrocie z kościoła czekał nas jeszcze jeden ważny moment – wizyta w oborze. Dzieliliśmy się opłatkiem z żywym inwentarzem. Był to specjalny, kolorowy opłatek, dodawany do tych, które przed świętami roznosił organista. Nie wszystkie zwierzęta podchodziły do tego świątecznego przysmaku z entuzjazmem, więc często trzeba było mieszać go z codzienną paszą. Drugi dzień Świąt był też czasem odwiedzin. W przeciwieństwie do Wigilii, można było spotykać się w szerszym gronie – u sąsiadów, znajomych, przyjaciół. Tego dnia po wsiach ruszały również grupy kolędnicze. Bywało, że w jednej miejscowości kolędowało kilka zgraj naraz – dzieci, młodzież, dorośli. Jedni tylko śpiewali kolędy, inni, poprzebierani, odgrywali scenki bożonarodzeniowe, często z domieszką lokalnego folkloru, a czasem nawet z przemyconą ironią społeczną czy polityczną. Wszystko podane w żartobliwej formie, ku uciesze gospodarzy. Przez kilka lat sam byłem częścią takiej kolędniczej grupy. Zaczynaliśmy w św. Szczepana, a kończyliśmy nieraz dopiero w okolicach Nowego Roku. Gdy zabrakło domów w rodzinnej wsi, ruszaliśmy przez zaspy do sąsiednich miejscowości, w kilkustopniowym mrozie. Dziś nie pamiętam już dokładnie tekstów jasełek, ale wiem, że często przypadała mi rola Marszałka. Może kiedyś, grzebiąc w swoich zbiorach dotyczących historii mojej Małej Ojczyzny, natrafię jeszcze na fragmenty tych kwestii. Wiem jedno – zawsze dobrze życzyliśmy gospodarzom i niemal nigdzie nie spotkaliśmy się z odmową. Co więcej, pominięcie czyjegoś domu bywało powodem obrazy. Kolędowało się więc od domu do domu, od wsi do wsi, pielęgnując tradycję przekazywaną przez pokolenia. Dziś, pół żartem pół serio, wyobrażam sobie kolędników robiących w każdym domu selfie, z czytnikiem kart zamiast skrzynki na datki… Gdy byłem już starszy, wieczór św. Szczepana oznaczał jedno – przygotowania do pierwszej po adwencie wiejskiej zabawy. Odbywały się one oczywiście w remizach strażackich – centrach życia społeczno-kulturalnego. Najlepsze zabawy w naszej gminie były w Bazarze, Częstoborowicach i Rybczewicach. Zjeżdżali się młodsi i starsi, z bliska i z daleka. Tańce przy lokalnych zespołach trwały do późnej nocy, czasem do drugiej czy trzeciej, o ile wcześniej nie zakończyły się „ręczną wymianą zdań” między uczestnikami z różnych wsi. Powroty do domu bywały długie i mroźne, zwłaszcza zanim wszystkich się poodprowadzało. Z czasem remizowe zabawy ustąpiły miejsca dyskotekom w pobliskich miejscowościach, a ich niepowtarzalny klimat zniknął z krajobrazu mojej gminy.  
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Powoli kończymy nasze wspólne odwiedziny w moim rodzinnym domu i gminie z czasów dzieciństwa i młodości. Święta dobiegają końca. Jutro jeszcze wybierzemy się na święcone wino. Na zakończenie tych świątecznych wspomnień chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom mojego bloga, aby magia Świąt Bożego Narodzenia – ta cicha, dobra i ciepła – towarzyszyła nam nie tylko przez kilka dni w roku, ale każdego dnia. I abyśmy po latach mogli wracać do swoich wspomnień z uśmiechem, wdzięcznością i spokojem serca.

Przeczytaj również o Bożym Narodzeniu w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Bożego Narodzenia klikając  TUTAJ

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. II - Boże Narodzenie

Ja ze Świętymi Mikołajem (1985) 
Kontynuując nasze wspólne świąteczne opowieści, dziś chciałbym zabrać Was do mojego rodzinnego domu i podzielić się tym, jak wyglądał pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia – dzień szczególny, bo zarezerwowany wyłącznie dla najbliższej rodziny. O ile w Wigilię czy w drugi dzień świąt dopuszczalne były wizyty u sąsiadów i znajomych, o tyle sam dzień Bożego Narodzenia miał u nas wymiar bardziej intymny, domowy i spokojny. Jak świętowaliśmy w niewielkiej miejscowości na Lubelszczyźnie? O tym właśnie jest dzisiejszy wpis. Kiedy byłem już na tyle duży, by uczestniczyć w nocnym nabożeństwie, starałem się co roku chodzić na pasterkę do kościoła w Częstoborowicach. Samochodów było wówczas niewiele, więc wielu wiernych – mimo mrozu i śniegu – podążało do świątyni pieszo. Ta nocna wędrówka miała w sobie coś wyjątkowego, niemal mistycznego.

Na pasterce kościół pękał w szwach. Msza święta rozpoczynała się zawsze uroczystym odśpiewaniem kolędy „Bóg się rodzi…”. W jej takt ksiądz proboszcz wnosił w procesji figurkę Dzieciątka Jezus, którą następnie układał w żłóbku, na sianie, w przygotowanej tuż przed świętami tradycyjnej szopce. Msza trwała długo, ale chyba tylko chłód i podniosłość chwili sprawiały, że nikt – nawet ci, którym udało się zasiąść w przepełnionych ławkach – nie odpływał w objęcia Orfeusza. W świątyni, obok zapachu kadzidła, unosiła się także woń wigilijnych potraw (a czasem i czegoś mocniejszego, co wyraźnie poprawiało zdolności wokalne wiernych). Przy ołtarzu roiło się od ministrantów, a na koniec przychodził czas na Boże błogosławieństwo i serdeczne życzenia od proboszcza.

Wychodząc z kościoła, należało uklęknąć na chwilę przed stajenką, a potem wrzucić grosik do skarbonki trzymanej przez porcelanowego aniołka. Ten, w ramach podziękowania, kiwał główką ozdobioną aureolą. Po mszy wszyscy gromadzili się jeszcze „na murach” świątyni. Odpalano petardy i sztuczne ognie – było głośno, kolorowo i radośnie. Padały życzenia wesołych, zdrowych i rodzinnych świąt. Droga powrotna do domu również najczęściej odbywała się pieszo. Często zachodziłem jeszcze na stary częstoborowicki cmentarz, by pomodlić się i zapalić lampki na grobach bliskich. Gdy przekraczało się próg domu, było już dobrze po drugiej w nocy. Jeszcze tylko szybki skok do komory po kawałek ciasta – tego, którego w Wigilię skosztować nie było wolno – i przychodził czas na zasłużony sen. A tymczasem w stajni, oborze i chlewie rozpoczynały się „rozmowy zwierząt”, bo przecież według tradycji właśnie tej nocy mówią one ludzkim głosem… O czym? Lepiej ponoć nie podsłuchiwać.

Kościół w Częstoborowicach - fot. Tomasz Banach
W Boże Narodzenie można było pospać nieco dłużej. Rano, wchodząc do domu dziadków, należało – podobnie jak w Wigilię – pozdrowić Boga, dodając słowa: „Kolęda na szczęście, na zdrowie, na te Święte Boże Narodzenie”. Do kościoła chodziło się zazwyczaj na uroczystą sumę, a po mszy, przed świątynią, składano życzenia tym, których nie spotkaliśmy w nocy na pasterce. Po powrocie do domu rozpoczynało się wielkie przygotowanie do uroczystego obiadu, który u nas często przeciągał się aż do kolacji. Tym razem na stole królowały dania mięsne. W końcu można było legalnie skosztować świątecznych specjałów: pachniała wędzona kiełbasa, boczki, polędwice, szynki i pieczone pasztety. Pojawiało się też po raz pierwszy w te święta „oficjalne” ciasto. Przy stole ponownie składano życzenia i łamano się opłatkiem z tymi, których nie widziało się w Wigilię. Gromko rozbrzmiewały kolędy, a z czasem także piosenki biesiadne, patriotyczne, a nawet wojskowe. Moja rodzina zawsze była rozśpiewana – dziadkowie od strony mamy śpiewali w chórze kościelnym, a ja jednym palcem próbowałem akompaniować na klawiszach. Było radośnie, głośno i bardzo rodzinnie.

Gdy goście zaczynali się rozchodzić, przychodził czas na tradycyjne w mojej rodzinie „odprowadzanie”, które nierzadko kończyło się przeniesieniem świątecznej biesiady do kolejnych domów krewnych. Ważnym zwyczajem w moich stronach było także rozpoczynające się w Boże Narodzenie odliczanie dwunastu dni, mających wróżyć pogodę na kolejne miesiące roku. Jeśli dzień „przypisany” na przykład sierpniowi był chłodny i wilgotny, wierzono, że taki właśnie będzie cały sierpień.

Tak minął nam kolejny dzień wspólnego świętowania. Już jutro opowiem Wam, jakie tradycje kultywowano w mojej rodzinnej gminie Rybczewice w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia – w święto św. Szczepana.

Przeczytaj również o Wigilii  w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ

niedziela, 24 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. I - Wigilia


W ten wyjątkowy wigilijny wieczór, gdy na niebie zapala się Pierwsza Gwiazdka, a choinka cicho rozświetla dom, myślami wracam do Świąt z lat dzieciństwa. Do czasu, który minął szybciej, niż byśmy chcieli, zostawiając po sobie zapach choinki, dym z komina i ciepło rodzinnego domu. Rzadko piszę o sobie, ale dziś czuję, że właśnie teraz jest na to miejsce i pora – by pochylić się nad wspomnieniami z najcudowniejszych lat życia. 
Rodzinnie (1980) - fot. Jerzy Lis
Urodziłem się i wychowałem w Rybczewicach, niewielkiej miejscowości na południowy wschód od Lublina. Tam, w domu moich bliskich, Boże Narodzenie miało swój rytm, swoje dźwięki i zapachy. Adwent był czasem cichego oczekiwania – rorat o świcie w parafii w Częstoborowicach i gorączkowych przygotowań w domu. Wszystko musiało być „na święta”.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
Przedświąteczne dni wypełniała praca. Najpierw świniobicie, potem pieczenie pasztetów, robienie kaszanek i wędzenie szynek. Cała wieś pachniała dymem z drewna owocowego i jałowca, a gotowe wędliny kusiły, choć słyszało się tylko: „Nie ruszaj, to na święta”. Później przychodził czas na pieczenie – makowce, serniki, kruche ciasta, których starczało aż do Trzech Króli. Były porządki w domu i obejściu, trzepanie dywanów, mycie podłóg i przygotowywanie paszy dla zwierząt. Wszystko miało być gotowe na Wigilię.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
W samą Wigilię wstawało się bardzo wcześnie. Od rana dymiły kominy, a dom czekał na pierwszego gościa – najlepiej mężczyznę, bo to miało przynieść szczęście i dostatek. Dzień był postny, a prawdziwym celem była wieczorna kolacja – „pośnik”. Przed południem szło się do kościoła na mszę za zmarłych, a w domu mama z babcią przygotowywały wigilijne potrawy, których zapachy nie dawały spokoju wygłodniałym brzuchom.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
Tuż przed wieczorem dziadek lub tata wnosili do izby „Króla” – snopek zboża, który stał w kącie aż do Trzech Króli, przynosząc, jak wierzono, zdrowie i urodzaj. Ubieraliśmy choinkę – czasem żywą, czasem sztuczną. Ozdoby były proste: papierowe łańcuchy, szyszki malowane srebrzanką, orzechy w złotkach, jabłka i cukierki-sopelki. Dopiero wieczorem choinka rozbłyskiwała światłami i stawała się prawdziwą magią.
Zimowe Częstoborowice (2010) - fot. Tomasz Banach
Do wieczerzy zasiadaliśmy, gdy wszyscy się zeszli. Stół przykrywał biały obrus, pod nim leżało siano, a jedno miejsce zawsze pozostawało wolne. Było czytanie Ewangelii, wspólna modlitwa, łamanie się opłatkiem i kolędy – najczęściej „Wśród nocnej ciszy” albo „Bóg się rodzi”. Dopiero potem pojawiały się potrawy: barszcz z uszkami, kapusta z grochem i grzybami, smażony karp, śledzie, kluski z makiem, racuchy lub pączki – zależnie od tego, u której babci spędzaliśmy Wigilię. Wszystko popijaliśmy kompotem z suszu. Ciasta musiały poczekać. Prezenty pod choinką były skromne, ale wyczekane. Najważniejsza była jednak bliskość – rozmowy, kolędy i to szczególne ciepło, które zostaje w człowieku na całe życie. Po kolacji jedni wracali do domów, inni szykowali się na Pasterkę.

Dziś, po latach, wiem, że to nie potrawy ani prezenty były najważniejsze. Najcenniejsze było bycie razem. I choć tamte Święta minęły bezpowrotnie, wciąż żyją we mnie – za każdym razem, gdy na niebie zapala się Pierwsza Gwiazdka.

Przeczytaj również o Bożym Narodzeniu w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ

niedziela, 13 grudnia 2015

Lucjan Świetlicki - wspomnienie o człowieku, który zaraził mnie swoją pasją

Lucjan Świetlicki
(archiwum Rodziny Świetlickich)
Zaczynam tworzenie Galerii Postaci na moim blogu od człowieka, dzięki któremu odkryłem w sobie zamiłowanie do historii Mojej Małej Ojczyzny. 
Poznałem Go, jako kilkuletni chłopiec podczas spotkania zorganizowanego w Domu Kultury w Piaskach. Z otwartymi ustami słuchałem Jego opowieści o dawnych, jakże ciekawych i pasjonujących dziejach Rodzinnej Ziemi, z której wyrosłem, która mnie kształtowała, którą ukochałem... Mowa tutaj o śp. Lucjanie Świetlickim.
Lucjan Świetlicki - ur. 31 marca 1931 roku w rodzinnej miejscowości Pilaszkowicach - Bazarze w Gminie Rybczewice, zm. 2 marca 2014 roku. Historyk, wybitny regionalista, nauczyciel i wychowawca wielu pokoleń młodzieży, harcerz, autor wielu książek, opracowań, artykułów dotyczących historii regionu, a także poeta piszący o swoim miejscu na ziemi, które Go kształtowało słowami wiersza:

"Pamiętam długie wiejskie rozmowy,
na przyzbach starych, ubogich chat,
całych pokoleń, 
a w każdym słowie jawił się dla mnie nieznany świat.
Tam była księga ludzkiego życia,
która mi służy jeszcze do dziś,
tu świata mego było odkrycie
tam kształtowała się moja myśl"
                                                    Lucjan Świetlicki - "Piaski w życiorysach" - 2002

Rzeka Giełczew we wsi Bazar
(fot. Tomasz Banach)
Pan Lucjan to również autor książek o bliskiej memu sercu Gminie Rybczewice. Jako pierwszy podjął się on zbadania, zebrania i opracowania bogatej historii tego terenu w swojej monografii "Dzieje Gminy Rybczewice" oraz książce "Dwory nad Giełczwią". W swoim obszernym opracowaniu "Historie, biogramy, legendy i notki znad Giełczwi, Radomirki, Sierotki" przybliża czytelnikowi ciekawy zbiór ukazujący krajobraz kulturowy regionu, życiorysy osób z nim związanych, zbiera legendy i podania ratując je w ten sposób przed zapomnieniem i zatarciem spowodowanym upływem czasu. W swoich dziełach dużą rolę zwraca na piękno przyrody i krajobrazu co możemy dostrzec chociażby wczytując się w pierwsze strofy wiersza "Wierna rzeka" z 22.07.2005 roku.

"Ej, ty Giełczwio, wierna rzeko,
twoje wody w słońcu lśnią,
pokłoniłaś się już wiekom,
i mkniesz ku przyszłości dniom."  

Dorobek Pana Lucjana to także niezliczona ilość spotkań (również z młodzieżą), podczas których przybliżał historie licznym rzeszom słuchaczy, prezentował i promował walory krajoznawcze, przyrodnicze i turystyczne Naszej Wspólnej Małej Ojczyzny. Miałem to szczęście, że udało mi się uczestniczyć w kilkunastu tego typu spotkaniach. Pan Lucjan był pomysłodawcą i założycielem wielu stowarzyszeń i towarzystw regionalnych w tym Towarzystwa Społeczno - Kulturalnego w Rybczewicach. Dbał o pamięć również swoich przodków wydając w 2007 roku genealogiczne opracowanie dziejów swojej rodziny "Skąd nasz ród? Saga rodów Świetlickich, Olechów, Lesiewiczów i Szabałów na tle dziejów królewskiej wsi Bazar".
Ostatnie nasze dłuższe spotkanie miało miejsce w domu przy ul. Lubelskiej w Piaskach 20 listopada 2013 roku. Rozmawialiśmy wówczas jak zwykle o historii regionu i o ludziach z nim związanych. Pan Lucjan snuł plany na przyszłość dotyczące wydania książki, nad którą pracował, a poświęconej działalności oświatowej i postaciom nauczycieli szkół z terenu Gminy Rybczewice. Niestety nie zrealizował swoich marzeń w postaci wydania tego opracowania. Lucjan Świetlicki zmarł 2 marca 2014 roku po długiej chorobie. Pochowany został na cmentarzu parafialnym w Piaskach - miasteczku, które ukochał i w którym spędził większą część życia, którego dzieje badał i opisywał. O tylu rzeczach chciałem jeszcze z Nim porozmawiać, o tak wiele spraw zapytać... Trudno w tych kilku słowach przybliżyć postać tak wybitną, tak pracowitą i zaangażowaną w życie społeczne. To tylko krótka notka o człowieku, który zmienił moje życie. Chcę w ten sposób oddać hołd Jego pamięci. Wierzę w to, że teraz Pan Lucjan na wieczystych niwach tworzy kolejne strofy poezji, opowiada ciekawe legendy, "promuje" nasz region w Niebieskich Ostępach. Cześć Jego Pamięci!