poniedziałek, 25 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. II - Boże Narodzenie

Ja ze Świętymi Mikołajem (1985) 
Kontynuując nasze wspólne świąteczne opowieści, dziś chciałbym zabrać Was do mojego rodzinnego domu i podzielić się tym, jak wyglądał pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia – dzień szczególny, bo zarezerwowany wyłącznie dla najbliższej rodziny. O ile w Wigilię czy w drugi dzień świąt dopuszczalne były wizyty u sąsiadów i znajomych, o tyle sam dzień Bożego Narodzenia miał u nas wymiar bardziej intymny, domowy i spokojny. Jak świętowaliśmy w niewielkiej miejscowości na Lubelszczyźnie? O tym właśnie jest dzisiejszy wpis. Kiedy byłem już na tyle duży, by uczestniczyć w nocnym nabożeństwie, starałem się co roku chodzić na pasterkę do kościoła w Częstoborowicach. Samochodów było wówczas niewiele, więc wielu wiernych – mimo mrozu i śniegu – podążało do świątyni pieszo. Ta nocna wędrówka miała w sobie coś wyjątkowego, niemal mistycznego.

Na pasterce kościół pękał w szwach. Msza święta rozpoczynała się zawsze uroczystym odśpiewaniem kolędy „Bóg się rodzi…”. W jej takt ksiądz proboszcz wnosił w procesji figurkę Dzieciątka Jezus, którą następnie układał w żłóbku, na sianie, w przygotowanej tuż przed świętami tradycyjnej szopce. Msza trwała długo, ale chyba tylko chłód i podniosłość chwili sprawiały, że nikt – nawet ci, którym udało się zasiąść w przepełnionych ławkach – nie odpływał w objęcia Orfeusza. W świątyni, obok zapachu kadzidła, unosiła się także woń wigilijnych potraw (a czasem i czegoś mocniejszego, co wyraźnie poprawiało zdolności wokalne wiernych). Przy ołtarzu roiło się od ministrantów, a na koniec przychodził czas na Boże błogosławieństwo i serdeczne życzenia od proboszcza.

Wychodząc z kościoła, należało uklęknąć na chwilę przed stajenką, a potem wrzucić grosik do skarbonki trzymanej przez porcelanowego aniołka. Ten, w ramach podziękowania, kiwał główką ozdobioną aureolą. Po mszy wszyscy gromadzili się jeszcze „na murach” świątyni. Odpalano petardy i sztuczne ognie – było głośno, kolorowo i radośnie. Padały życzenia wesołych, zdrowych i rodzinnych świąt. Droga powrotna do domu również najczęściej odbywała się pieszo. Często zachodziłem jeszcze na stary częstoborowicki cmentarz, by pomodlić się i zapalić lampki na grobach bliskich. Gdy przekraczało się próg domu, było już dobrze po drugiej w nocy. Jeszcze tylko szybki skok do komory po kawałek ciasta – tego, którego w Wigilię skosztować nie było wolno – i przychodził czas na zasłużony sen. A tymczasem w stajni, oborze i chlewie rozpoczynały się „rozmowy zwierząt”, bo przecież według tradycji właśnie tej nocy mówią one ludzkim głosem… O czym? Lepiej ponoć nie podsłuchiwać.

Kościół w Częstoborowicach - fot. Tomasz Banach
W Boże Narodzenie można było pospać nieco dłużej. Rano, wchodząc do domu dziadków, należało – podobnie jak w Wigilię – pozdrowić Boga, dodając słowa: „Kolęda na szczęście, na zdrowie, na te Święte Boże Narodzenie”. Do kościoła chodziło się zazwyczaj na uroczystą sumę, a po mszy, przed świątynią, składano życzenia tym, których nie spotkaliśmy w nocy na pasterce. Po powrocie do domu rozpoczynało się wielkie przygotowanie do uroczystego obiadu, który u nas często przeciągał się aż do kolacji. Tym razem na stole królowały dania mięsne. W końcu można było legalnie skosztować świątecznych specjałów: pachniała wędzona kiełbasa, boczki, polędwice, szynki i pieczone pasztety. Pojawiało się też po raz pierwszy w te święta „oficjalne” ciasto. Przy stole ponownie składano życzenia i łamano się opłatkiem z tymi, których nie widziało się w Wigilię. Gromko rozbrzmiewały kolędy, a z czasem także piosenki biesiadne, patriotyczne, a nawet wojskowe. Moja rodzina zawsze była rozśpiewana – dziadkowie od strony mamy śpiewali w chórze kościelnym, a ja jednym palcem próbowałem akompaniować na klawiszach. Było radośnie, głośno i bardzo rodzinnie.

Gdy goście zaczynali się rozchodzić, przychodził czas na tradycyjne w mojej rodzinie „odprowadzanie”, które nierzadko kończyło się przeniesieniem świątecznej biesiady do kolejnych domów krewnych. Ważnym zwyczajem w moich stronach było także rozpoczynające się w Boże Narodzenie odliczanie dwunastu dni, mających wróżyć pogodę na kolejne miesiące roku. Jeśli dzień „przypisany” na przykład sierpniowi był chłodny i wilgotny, wierzono, że taki właśnie będzie cały sierpień.

Tak minął nam kolejny dzień wspólnego świętowania. Już jutro opowiem Wam, jakie tradycje kultywowano w mojej rodzinnej gminie Rybczewice w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia – w święto św. Szczepana.

Przeczytaj również o Wigilii  w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz