Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętokrzyskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętokrzyskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2025

Skarby Świętokrzyskie - Milczący świadek potęgi. Zimowa opowieść spod murów dawnej magnackiej rezydencji

Widok na ruiny zimą - fot. Tomasz Banach
Zimowy wiatr niesie ze sobą ciszę szczególną. Taką, która nie zagłusza historii, lecz przeciwnie – wydobywa ją z kamienia. Gdy stajemy dziś przed ruinami Zamek Krzyżtopór w Ujeździe, nie wchodzimy do środka. Tym razem patrzymy tylko z zewnątrz. Ale czasem to właśnie z oddali widać najwięcej. Śnieg przykrył dolinę Koprzywianki białym całunem, a potężne mury zamczyska wznoszą się ponad nim jak szkielet dawnego giganta. W tej scenerii łatwiej uwierzyć, że to miejsce nigdy nie było zwykłym domem. To była manifestacja potęgi. Marzenie zapisane w kamieniu.

Bryła fortecy zachwyca swoją formą - fot. Tomasz Banach
Wyobraźcie sobie XVII wiek. Droga prowadząca ku zamkowi nie jest jeszcze przysypana śniegiem, lecz rozjeżdżona przez karety. Goście przybywają z daleka – możni panowie, dyplomaci, oficerowie. Gdy przekraczają bramę ozdobioną krzyżem i toporem, wiedzą już, że trafili do świata symboli. Krzyż oznacza wiarę. Topór – herb rodu Ossolińskich. Razem tworzą nazwę, która do dziś brzmi dumnie: Krzyżtopór.

Umocnienia bastionowe - fot. Tomasz Banach
Fundator tej niezwykłej rezydencji, Krzysztof Ossoliński, nie był człowiekiem przeciętnym. Jako młody magnat przemierzył Europę. Studiował w Niemczech, Francji i we Włoszech. Widział Bolonię, Padwę, Florencję, Rzym. Ale to właśnie pałac Farnese w Capraroli zrobił na nim największe wrażenie. Tam zrozumiał, że architektura może być czymś więcej niż schronieniem. Może być deklaracją. Może być pomnikiem ambicji. I tak, po powrocie do rodzinnych dóbr, postanowił wznieść rezydencję, która nie będzie miała sobie równych w całej Rzeczypospolitej. Spójrzcie teraz na te mury. Nawet w ruinie widać ich rozmach. Pięciobok bastionów, mury sięgające do piętnastu metrów wysokości. Twierdza i pałac w jednym – palazzo in fortezza. Ale paradoksalnie, choć wyglądała jak twierdza, była przede wszystkim pałacem marzeń.

Krzyżtopór - fot. Tomasz Banach
Bo Krzyżtopór nie był tylko budowlą. Był symbolem porządku świata. Liczba okien odpowiadała liczbie dni w roku. Pokoi było tyle, ile tygodni. Sal – tyle, ile miesięcy. Cztery wieże symbolizowały pory roku. A przodkowie właściciela dumnie spoglądali na gości z podobizn zdobiących fasadę pałacu. To nie był przypadek. To był manifest. Ossoliński chciał pokazać, że jego ród trwa w czasie tak pewnie, jak trwa cykl natury. Dziś jednak patrzymy na to wszystko w zimowej ciszy. Okna już nie istnieją. Dachów nie ma. Zostały tylko mury, które pamiętają więcej, niż mogą opowiedzieć.
Krzyżtopór - fot. Tomasz Banach
Wyobraźcie sobie, jak w tych murach tętniło życie. Stajnie dla trzystu koni. Kuchnie, w których pracowały dziesiątki służby. Arkadowe galerie, gdzie wisiały portrety rodu. Wnętrza, o których bogactwie krążyły legendy. A jednak historia bywa okrutna dla ludzkich ambicji. Krzysztof Ossoliński nie cieszył się długo swoim dziełem. Zmarł wkrótce po zakończeniu budowy. Jego syn poległ w bitwie. Potem przyszły wojny, potop szwedzki, konfederaci barscy, powstańcy, partyzanci. Każde pokolenie zostawiało tu swój ślad. Każde coś odbierało.
Zimą jest tu bajecznie - fot. Tomasz Banach
I oto stoimy dziś przed ruiną. Ale czy na pewno ruiną? Bo spójrzcie, jak te mury wciąż dominują nad okolicą. Jak nie poddały się czasowi. Jak nadal robią wrażenie. Nawet zimą. A może zwłaszcza zimą, gdy śnieg usuwa wszystko, co zbędne, i zostawia tylko prawdę o miejscu. Krzyżtopór miał świadczyć o znaczeniu jednego z najznamienitszych rodów dawnej Rzeczypospolitej. I w pewnym sensie wciąż świadczy. Choć nie ma już dachów ani okien, pozostała opowieść. A opowieść, proszę Państwa, jest czasem trwalsza niż kamień.

poniedziałek, 13 stycznia 2025

Z cyklu: "Co robi przewodnik, kiedy nie oprowadza" - w labiryncie Podziemi Opatowskich

Podziemia Opatowskie - fot. Tomasz Banach
Pewne rzeczy po prostu „ciągną” człowieka — jak wilka do lasu. Mnie od lat ciągnie pod ziemię. Na co dzień oprowadzam po zamojskich podziemiach na Trasie Turystycznej w Bastionie VII, więc gdy podczas kolejnej wyprawy trafiliśmy w Świętokrzyskie, wybór mógł być tylko jeden: schodzimy niżej. Tym razem do Podziemi Opatowskich — jednego z najciekawszych i najbardziej intrygujących miejsc nie tylko samego Opatowa, ale i całego regionu. Będąc w mieście, trudno przejść obok tej atrakcji obojętnie. Podziemia kuszą historią, tajemnicą i obietnicą podróży w czasie. Wystarczy wejść na opatowski rynek, kupić bilety i ruszyć w dół. Ja, nauczony zawodowym doświadczeniem, zadzwoniłem dzień wcześniej i umówiłem się na spacer z przewodnikiem — i była to bardzo dobra decyzja. Trasa dostępna jest zarówno dla turystów indywidualnych, jak i grup zorganizowanych. Co więcej, bez najmniejszego problemu zeszliśmy pod ziemię z Leo — naszym wiernym, czteronożnym towarzyszem podróży. Leoś, jak się okazało, również docenił klimat podziemnych korytarzy.
Wejście do Podziemi Opatowskich - fot. Tomasz Banach
Już od pierwszych minut zwiedzania uwagę przykuwa gawędziarska, a jednocześnie pełna faktów opowieść pani przewodnik. To ona wprowadza nas w świat słynnych opatowskich piwnic, których historia sięga co najmniej XV wieku, a swój największy rozkwit przeżywała w XVI i XVII stuleciu. Nie bez powodu — Opatów leżał bowiem na skrzyżowaniu wielkich europejskich szlaków handlowych. Tędy wiodły drogi od Morza Czarnego ku Bałtykowi i Morzu Północnemu, trakty łączące Magdeburg z Kijowem, Kraków z Wilnem. Kupcy z całej Europy coraz chętniej osiedlali się właśnie tutaj. Budując swoje kamienice wokół rynku, musieli zadbać o to, co w handlu najważniejsze — bezpieczne i chłodne magazyny. A Opatów sprzyjał temu idealnie. Gruba, sięgająca niemal 20 metrów warstwa lessu pozwalała drążyć pod domami kolejne piwnice i komory, coraz głębiej i głębiej. Naturalna izolacja, stała temperatura w okolicach 10 stopni i ograniczony dostęp dla niepowołanych osób czyniły te miejsca wręcz idealnymi do przechowywania drogocennych towarów.
Szczęśliwy Leo ze swoją Panią - fot. Tomasz Banach
A było czego strzec. Rozwojowi opatowskiego handlu sprzyjały cykliczne zjazdy szlachty sandomierskiej, odbywające się w Kolegiacie św. Marcina, sądy ziemskie, a nawet wizyty królewskie. Popyt na towary był pewny, a w podziemiach składowano wino z południa Europy, śledzie, skóry, przyprawy, wosk czy sól — nie bez powodu nazywaną wówczas białym złotem. Z czasem pod miastem powstało prawdziwe podziemne osiedle, biegnące nawet kilkanaście metrów pod powierzchnią rynku. Gdy zmieniły się szlaki handlowe i przyszły trudne czasy wojen, podziemia stopniowo traciły swoje znaczenie i popadały w zapomnienie. Aż w końcu same o sobie przypomniały — pękając, osiadając i zagrażając zabytkowej zabudowie centrum miasta. Ratunek przyszedł w drugiej połowie XX wieku dzięki zespołowi naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, pracujących pod kierownictwem prof. Zbigniewa Strzeleckiego. Opracowana przez nich metoda pozwoliła zabezpieczyć i ocalić podziemia przed degradacją. Przedsiębiorstwo Robót Górniczych z Bytomia połączyło ponad dwadzieścia komór w imponującą, spójną trasę, którą w 1984 roku udostępniono zwiedzającym.
Jeden z korytarz opatowskich podziemi - fot. Tomasz Banach
Dziś Podziemna Trasa Turystyczna im. prof. Zbigniewa Strzeleckiego liczy około 500 metrów długości, prowadzi przez trzy poziomy i sięga nawet 14,5 metra pod powierzchnię rynku. Zwiedzanie trwa około 45 minut — nam zajęło nieco dłużej, co było zapewne efektem mojej nieuleczalnej dociekliwości i serii pytań, którymi zasypywałem naszą przewodniczkę. W podziemiach panuje stała temperatura od 8 do 12 stopni Celsjusza oraz wyraźnie wilgotny mikroklimat, więc warto zabrać ze sobą cieplejszą bluzę.
Tomasz z przemiłą Panią przewodnik - fot. Anna Banach
Podczas spaceru oglądamy nie tylko same piwnice i korytarze, ale również liczne wystawy poświęcone historii Opatowa i regionu. To opowieść o mieście dumnym, wielokrotnie doświadczanym przez los, ale zawsze podnoszącym się z upadków. Obok XII-wiecznej Kolegiaty św. Marcina, XVI-wiecznej Bramy Warszawskiej czy późnobarokowego zespołu klasztornego oo. Bernardynów, to właśnie Podziemia Opatowskie — pełne legend i niedopowiedzianych historii — przyciągają dziś rzesze turystów spragnionych przygód.
Sklepienia podziemi po renowacji - fot. Tomasz Banach
To swoista podróż w czasie, niemal godzinne zejście w głąb ziemi, które pozwala lepiej zrozumieć nie tylko same piwnice, ale i barwną, często dramatyczną historię Opatowa. Miasta, które będąc swoistym „pępkiem turystycznym” województwa świętokrzyskiego, stanowi znakomitą bazę wypadową do odkrywania uroków regionu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Okoliczne pejzaże, z grzbietami Gór Świętokrzyskich w tle, potrafią obdarzyć piechurów i rowerzystów prawdziwą dawką spokoju i zachwytu.
Jedna z ekspozycji na podziemnej trasie - fot. Tomasz Banach
Dziś pieczę nad Podziemiami Opatowskimi sprawuje Powiatowe Centrum Kultury w Opatowie. A ja już wiem jedno — to jedno z tych miejsc, do których chce się wracać. I mam nadzieję, że wkrótce znów zawitamy tu z wycieczkami organizowanymi przez TUR-BAN Agencję Turystyki.
Każde porządne podziemia musza kryć w sobie wiele tajemnic i mieć u siebie Białą Damę lub innego rodzaju strażnika podziemi - fot. Tomasz Banach
Dziękuję za poświęcony czas na lekturę tego wpisu i zapraszam do zapoznania się z innymi historiami na blogu — opowiadającymi o mojej turystycznej działalności… i nie tylko.