poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocne tradycje w mojej rodzinnej wsi... cz. II - ostatnia

Nadeszły wreszcie długo oczekiwane Święta Wielkanocne. W wielką niedzielę budziło się przed piąta, by wyrobić się na mszę rezurekcyjną na szóstą. Wdziewałem więc mundur Ochotniczej Straży Pożarnej przepasany czarnym, szerokim skurzanym pasem, ze srebrno niebieskim sznurem przewieszonym przez ramię. Na głowę zakładałem rogatywkę z granatowym otokiem i tak to wyposażony ruszałem do kościoła.
Rezurekcja tradycyjnie rozpoczynała się procesją wokół kościoła. Strażacy z całej parafii zapewniali uroczystą asystę podczas trzykrotnego obejścia świątyni. Kiedy ksiądz ogłosił, że Chrystus zmartwychwstał, a organista zaintonował uroczyste Alleluja z całym orszakiem, trzymając się za pasy i idąc tuż za księdzem skrywającym pod baldachimem monstrancję z Najświętszym Sakramentem, przy biciu dzwonów wyruszaliśmy na procesję.
W drodze powrotnej z kościoła odwiedzaliśmy naszych zmarłych na parafialnym cmentarzu, by podzielić się również z nimi wieścią o Zmartwychwstaniu Pańskim.Następnie, po powrocie do domu przygotowywaliśmy się do uroczystego śniadania wielkanocnego. Na stole tego dnia nie mogło oczywiście zabraknąć „święconki” białego barszczu, przygotowywanego przez babcię lub mamę, świątecznych kiełbas, wędlin i ciast. Był to dla mnie najważniejszy posiłek tego dnia. Kiedy zaspokoiliśmy głód przychodził czas na wspólne śpiewanie pieśni wielkanocnych, przy moim nieudolnym zresztą, akompaniamencie akordeonowym. To był bardzo wesoły czas, kończący definitywnie okres Wielkiego Postu, przygotowującego nas do świąt. Były życzenia telefoniczne, dla bliższej i dalszej rodziny. Szczególnie utkwiły mi w pamięci te przekazywane siostrze babci Krysi, cioci Genowefie, gdyż te obowiązkowo musiały być „okraszone” moim akordeonowym akompaniamentem.  
Po śniadaniu był czas na chwilę odpoczynku. Po „święconce” zawsze chciało i chce mi się spać… Na spanie jednak nie było zazwyczaj czasu, gdyż staropolskim obyczajem, kultywowanym w mojej okolicy było święcenie pól. Brało się poświęconą w Niedzielę Palmową palmę i wodę oświęconą w Wielką Sobotę i wyruszało się najpierw w obejścia gospodarcze, a następnie na pole by święceniem zapewnić urodzaj i dobrobyt w gospodarstwie. I tak schodziło aż do uroczystego świątecznego obiadu, i gościny, na którą to zazwyczaj chodziliśmy do babci Zosi. Kiedy była ładna pogoda w święta, zmawialiśmy się z koleżeństwem do lasu na „Meus”. Tradycja ta wzięła się z faktu opisanego w Dziejach Apostolskich, kiedy to uczniowie Jezusa, po jego śmierci i zmartwychwstaniu, wyruszają do wioski Emaus. Kiedy są w drodze niespodziewanie ukazuje im się zmartwychwstały Chrystus. Czemu „Meus” a nie Emaus? Pewnie ktoś po spożyciu w lesie, przy ognisku, większej ilości trunków, nie mogąc wymówić Emaus zmienił je na „Meuuus”. Podczas tych leśnych świątecznych spotkań pieczono kiełbaski, ziemniaki w ogniskach (praktykować tylko pod opieką dorosłych i zgodnie z przepisami przeciwpożarowymi) spożywano na świeżym powietrzu zakupione lub wypędzone nocą zapasy alkoholu. Było gwarno i wesoło. Całość kończyła się wspólnym powrotem do domu, któremu towarzyszyły „chóralne” śpiewy. I tak do wieczora. Pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych za nami.
W Wielkanocny Poniedziałek, zwany także „Lanym” należało wstać jak najwcześniej. Tego dnia wodą, perfumami oblewało się w pierwszej kolejności domowników. Kiedy wszyscy zostali odpowiednio pokropieni (co miało przynosić szczęście i powodzenie), a pogoda była sprzyjająca braliśmy akordeon i sikawki i wyruszaliśmy do sąsiadów. Pamiętam lata, kiedy żył jeszcze mój dziadek Kazimierz, że przemierzaliśmy w ten sposób od domu do domu odwiedzając i polewając sąsiadów śpiewając i grając wielkanocne pieśni. Gospodarze w tym dniu częstowali nas czym kto miał… jajkiem, kawałkiem kiełbasy, czy szklanicą alkoholu. Często po tym „poczęstunku” wracając do domu człowiek nadawał się jedynie do pójścia powrotem do łóżka. Często chodzeniem po tzw. „jajach” zajmowali się strażacy. Zwyczaj ten kultywowała głownie jednostka z Bazaru, gdzie poza symbolicznymi jajami zbierano również datki na rzecz miejscowej straży pożarnej.
Ja jako nieletni alkoholu nie spożywałem, więc po porannym oblewaniu szło się do kościoła. Pamiętam dobrze, kiedy to tego dnia ksiądz wikary zbierając ofiary, pod tacą trzymał sikawkę z wodą i symbolicznie polewał przybyłych na nabożeństwo parafian. Po wyjściu z kościoła rozpoczynała się prawdziwa wodna bitwa. Najbardziej obrywały wodą młode panny, które często do domów wracały bez jednej suchej nitki na sobie.
W Lany Poniedziałek, w odróżnieniu od Wielkiej Niedzieli, kiedy to przy stole spotykała się głównie rodzina, odwiedzało się lub zapraszało do siebie znajomych i sąsiadów. Podczas popołudniowego świętowania także nie obywało się bez polewania wodą i składania sobie świątecznych życzeń.
Wieczorem natomiast, cała młodzież wyruszała tłumnie na pierwszą po okresie Wielkiego Postu zabawę, gdzie… oczywiście do remizy OSP. Dopiero w późniejszym okresie imprezy w remizach zastąpiły dyskoteki w klubach.
I tak powoli te radosne, wiosenne święta przechodziły do historii… Podobnie jak zdarzenia opisywane tutaj przeze mnie. W sumie nie tak odległe czasowo, a tak dalekie. Szkoda, że wiele tradycji związanych ze świętami, folklorem wiejskim zanika i odchodzi w zapomnienie. Mam nadzieję, że chociaż niektóre przetrwały do dzisiaj w Waszych domach. Na zakończenie, życzę Wszystkim miłego dalszego Świętowania w gronie przyjaciół i rodziny.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Wielkanocne tradycje w mojej rodzinnej wsi... cz. I

W związku z przeżywanymi obecnie najważniejszymi chrześcijańskimi świętami – Wielkanocą, postanowiłem powrócić pamięcią do lat mojego dzieciństwa i do tego jak ten czas wyglądał dawniej, jak zapisał się w mojej pamięci z lat dzieciństwa. Przenieśmy się, po raz kolejny do mojej rodzinnej wsi Rybczewice w województwie lubelskim i poczujmy zapach wiosny, zapach świątecznych potraw… smaków młodości.
Okres Wielkanocny, po okresie wielkiego postu, rozpoczynał się już w Niedzielę Palmową, kiedy to szło się do kościoła z przygotowaną (lub kupioną na targu w niedalekich Piaskach) palmą, którą na pamiątkę rzucania zielonych gałęzi pod kopyta osiołka na którym Jezus tego dnia wjechał do Jerozolimy, tego dnia święcono w kościele. Czym większa i bardziej zdobna palma tym gospodarz bardziej zamożny, a panna bardziej posażna. Podczas mszy zbierano ofiary przeznaczone na kwiaty do Bożego Grobu.
Już od początku Wielkiego Tygodnia trwały przygotowania do zbliżających się świąt. Porządkowano domostwa i ogrody, wędzono kiełbasy i mięsiwa, pieczono placki… Wszędzie było gwarno i pachniało świątecznie, wiosennie.
W Wielki Czwartek wieczorem w kościele, Mszą Wieczerzy Pańskiej,  rozpoczynało się Triduum Paschalne, czyli trzy najważniejsze dni w kalendarzu liturgicznym kościoła katolickiego. Na zakończenie nabożeństwa w uroczystej procesji przenoszono najświętszy sakrament do tzw. Ciemnicy. W kościele milkną dzwony, zastępowane drewnianymi kołatkami. Od tego czasu, aż do Mszy Świętej Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę, nie sprawowana jest eucharystia. 
Wielki Piątek to dzień śmierci Jezusa, w którym zamiast mszy św. odprawiana jest droga krzyżowa i liturgia męki pańskiej, podczas, której kapłan dokonuje przeniesienia Ciała Chrystusa do symbolicznego Grobu Pańskiego. Od kiedy pamiętam aranżacją grobu w naszym parafialnym kościele w Częstoborowicach zajmował się, dzisiaj już niestety śp. Franciszek Skrętkowicz, wieloletni nauczyciel Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego wraz z uczniami Liceum Ogólnokształcącego w Rybczewicach w którym uczył. I Mnie także zdarzało się brać w tym udział. Pamiętam jak wywieszano stare płótna imitujące motywy roślinności jerozolimskiej, a skały groty zastępowano odpowiednio zmiętymi szarymi papierami pakowymi. Wewnątrz grobu składano naturalnych rozmiarów figurkę Chrystusa.
Na zakończenie liturgii Wielkiego Piątku, kiedy już symbolicznie złożono Pana Jezusa do grobu, ustawiano przed nim straże. W rolę strażników wcielali się strażacy z Ochotniczych Straży Pożarnych z terenu naszej parafii. W galowych mundurach pełniliśmy straże, według ustalonego od lat harmonogramu. Rozpoczynała miejscowa Straż Pożarna z Częstoborowic i Podizdebna, która pełniła straż przez całą piątkową noc, aż do pierwszego święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, Następnie warty przy Grobie Pańskim obejmowali strażacy z mojej rodzimej jednostki OSP w Rybczewicach, którzy pełnili służbę do sobotniego wieczoru, kiedy to ustępowaliśmy miejsca naszym kolegom z Ochotniczej Straży Pożarnej z Bazaru. Strażacy pełnili warty, aż do uroczystej mszy rezurekcyjnej w Niedzielę Wielkanocną.
W wielką sobotę rano, tradycyjnie święciło się pokarmy. Do koszyczka niesionego do kościoła wkładało się obowiązkowo przygotowane wcześniej przez babcię czy mamę pisanki, wędzoną kiełbasę i wędlinę, chrzan, sól, ciasto. Nie mogło też zabraknąć wielkanocnego baranka – symbolu zmartwychwstania. Koszyki przyozdabiane były zielonymi liśćmi fiołków lub gałązkami bukszpanu. Z takim koszykiem pędziło się jak najraniej do świątyni, gdyż w moim domu przyjęło się uważać moment poświęcenia pokarmu, momentem zakończenia wielkopiątkowego postu. 
Po poświęceniu pokarmów, wówczas kiedy wszedłem już w wiek młodzieńczy, zakładałem wyjściowy mundur strażacki i pędziłem na adorację przy Grobie Pańskim. To był wielki zaszczyt, na który czekało się cały rok. Uroczyście zmieniające się warty trwały ok. 20 -30 min. Stróżówkę mieliśmy na dole, przed murami kościoła, w dawnej salce katechetycznej, przez to za każdym razem trzeba było przy zmianie warty wspiąć się po stromych krytych schodach prowadzących przez dzwonnicę do kościoła.
Do domu wracało się dopiero po wieczornej Mszy Wigilii Paschalnej, przed którą przed kościołem palono ognisko z tarniny, sprawując misterium ognia, a następnie podczas misterium wody święcono wodę, która miała służyć przez cały rok miejscowym parafianom.
Po powrocie do domu następowały ostatnie przygotowania do Uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. Po całodziennej warcie przy Grobie zasypiało się dosyć szybko mając świadomość, że trzeba będzie jutro przed świtem wstać i udać się do kościoła na Mszę Rezurekcyjną. C.D.N.

środa, 14 lutego 2018

Rok Zamojskich Twórców Niepodległej ogłoszony!

Maurycy hrabia Zamoyski - jeden z Twórców
Niepodległej związany z Zamościem
Podczas styczniowej Sesji Rady Miasta Zamość (29 stycznia) zamojscy radni przyjęli uchwałę w sprawie ogłoszenia roku 2018, rokiem Zamojskich Twórców Niepodległej. Osoby związane z naszym miastem miały duży wpływ na to, abyśmy dzisiaj mogli żyć w wolnej, niepodległej Ojczyźnie. Z inicjatywą uchwałodawczą wystąpił Prezydent Miasta Zamość, a konsultacje odnośnie doboru wybitnych postaci związanych z Niepodległą przeprowadzono z pracownikami Muzeum Zamojskiego w Zamościu, w tym z wybitnym znawcą tematu drem Jackiem Feduszka. Do grona Zamojskich Twórców Niepodległej wybrani zostali:

 
Zygmunt Brochowicz-Lewiński (1877-1951) – por. WP w 1918 roku, od 2 XI do początków 1919 roku Komendant Straży Obywatelskiej w powiecie zamojskim.
Józef Czernicki (1892-1972) – lekarz internista, w 1918 roku rozbrajał Austriaków w Zamościu, działacz POW i Straży Obywatelskiej.
Ksiądz Józef Dąbrowski – (1888-1976) – infuat zamojski, od 1917 do 1928 roku wikary, od 1918 roku rektor kościoła św. Mikołaja  w Zamościu i prefekt szkół zamojskich, niezwykle czynny działacz patriotyczny, społeczny i gospodarczy. 2 XI 1918 roku na jego ręce urzędnicy i wojskowi złożyli przysięgę na wierność Odrodzonemu Państwu Polskiemu, w 1918 roku przewodniczący Straży Obywatelskiej i członek Komitetu Powiatowego.
Stanisław Dziuba (1886-1968) – przemysłowiec i działącz polityczny PPS w Zamościu. W sierpniu 1918 roku został wiceburmistrzem Zamościa, aktywnie działał w Straży Obywatelskiej, 9 XI 1918 roku objął władzę w okręgu zamojskim jako komisarz Tymczasowego Ludowego Rządu Republiki Polskiej w Lublinie.
Mjr. Leopold Kula-Lis (1896-1919) – bohaterski żołnierz i oficer I Brygady Legionów Polskich, od 17 XII 1918 roku major Wojska Polskiego. Na czele oddziałów WP z Lublina zdławił próbę przewrotu bolszewickiego w Zamościu 28-29 XII 1918 roku. Uczestnik wojny polsko-ukraińskiej w 1919 roku. Ciężko ranny w walkach z Ukraińcami pod Troczynem (6-7 III 1919), zmarł z odniesionych ran. Pośmiertnie awansowany na podpułkownika.
Tadeusz Mikułowski (1884-1944) – Dyrektor Seminarium Nauczycielskiego w Zamościu, znany zamojski mówca. Kilkakrotnie zabierał głos publicznie w ważnych dla Zamościa momentach 1918 roku.
Stefan Miler (1888-1962) – wieloletni nauczyciel Gimnazjum i Liceum im. Jana Zamoyskiego w Zamościu, legionista 1 Pułku Legionów (1915r.), przywódca manifestacji zamojskiej w obronie Chełmszczyzny w lutym 1918 roku, członek POW, w Odrodzonej Polsce wieloletni Prezes Związku Legionistów i Związku Rezerwistów. Założyciel zamojskiego ogrodu zoologicznego.
Michał Marian Pieszko (1890-1969) – nauczyciel historii i geografii w Gimnazjum Zamojskim od 1917 roku, twórca pierwszych drużyn harcerskich  w Zamościu, 1918 roku współorganizator Towarzystwa Krajoznawczego w Zamościu, współtwórca i pierwszy kustosz Muzeum Zamojskiego.
Stefan Pomarański (1893-1944) – żółnierz I Kompanii Kadrowej Legionów, od 1915 roku w strukturach POW, komendant Polskiej Organizacji Skautowej i komendant Kwatery Głównej ZHP. 15 XII 1917 roku wspólnie z Bratem Zygmuntem założył wydawnictwo „Księgarnia Polska”. Był pomysłodawcą i redaktorem Kroniki Powiatu Zamojskiego. Komendant Straży Obywatelskiej w Zamościu od 21 X 1918r.
Zygmunt Pomarański (1898-1941) – żołnierz I Kompani Kadrowej Legionów (1914r.), od 1916 w POW w Radomiu i Iłży, komendant obwodu zamojskiego POW (1917-18), uczestnik rozbrajania wojsk austriackich w Zamościu w listopadzie 1918 roku.
Maciej Rataj (1884-1940) – nauczyciel języków klasycznych w Gimnazjum Męskim w Zamościu (1916-1917), działacz ludowy, organizator pierwszych manifestacji patriotycznych w Zamościu w październiku 1918 roku, w Niepodległej Polsce m.in. marszałek sejmu.
Adam Ignacy Sajkiewicz (1874-1941) – ziemianin, czołowa postać pierwszych dni Niepodległości, działacz gospodarczy. Jako pierwszy w 1916 roku w Zamosciu podczas wiecu odczytał w imieniu społeczeństwa proklamację niepodległości. Prezes Komitetu Ratunkowego i Straży Kresowej, w której imieniu przemawiał w 1918 roku z Ratusza. Członek Komitetu Powiatowego podpisywał odezwę o przejęciu władzy w Zamościu. 5 XI 1918 roku mianowany starostą zamojskim. Pierwszy przewodniczący Sejmiku Zamojskiego w 1919 roku.
Edward Stodołkiewicz (1863-1935) – Burmistrz Zamościa w latach 1915-1920, członek Komitetu Powiatowego przejmującego władzę w Zamościu w 1918 roku. 
Maurycy Zamoyski (1871-1939) – XV ordynat zamojski, dyplomata, współorganizator Komitetu Narodowego Polskiego we Francji (wiceprezes i prezes tej organizacji pod nieobecność twórcy KNP, Romana Dmowskiego), aktywny w pracy niepodległościowej poza granicami kraju, z własnych funduszy finansował działania KNP. Współtwórca tzw. „Błękitnej Armii” gen. J. Hallera w 1918 roku. Pierwszy poseł pełnomocny (ambasador) RP we Francji w 1919 roku. Kandydat na Prezydenta RP w pierwszych wyborach na ten urząd w 1922  roku. 

Biogramy zostały opracowane przez dra Jacka Feduszka.

W związku z rokiem Zamojskich Twórców Niepodległej Miasto Zamość, Zamojskie Instytucje Kultury jak i działające na terenie naszego Miasta Stowarzyszenia, zaplanowały wiele wydarzeń związanych z obchodzoną w tym roku setną rocznicą odzyskania przez Polskę Niepodległości, o czym już wkrótce powiadomimy czytelników na łamach Nowego Kuriera Zamojskiego. Bardzo cieszymy się, że nasze Stowarzyszenie Turystyka z Pasją, było jednym z pomysłodawców i inicjatorów tego przedsięwzięcia. Zachęcamy mieszkańców Zamościa do aktywnego włączenia się w obchody roku Zamojskich Twórców Niepodległej.
Tomasz Banach
  Turystyka z Pasją

Artykuł powyższy ukazał się również na łamach Nowego Kuriera Zamojskiego
W Wersji elektronicznej przeczytasz go - TUTAJ


poniedziałek, 12 lutego 2018

IV Turystyczna Majówka w Zamościu - zapowiedź wydarzenia!

Pewną tradycją stało się to, że na początku maja nasze Stowarzyszenie Turystyka z Pasją organizuję w Zamościu Turystyczną Majówkę. W tym roku 5 mają spotkamy się na IV Turystycznej Majówce, podczas której uczestnicy będą mieli okazję zwiedzić najciekawsze atrakcje turystyczne Hetmańskiego Grodu. Każdy na pewno znajdzie coś, co go zainteresuje z bogatej oferty jaką dla Państwa przygotowujemy. Na pewno nie zabraknie takich atrakcji jak zwiedzanie Muzeum Zamojskiego w Zamościu, Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał, Podziemnych Tras Turystycznych... i wielu, wielu innych.  Wkrótce na stronie wydarzenia (kliknij TUTAJ) będzie można zapoznać się ze szczegółami dotyczącymi Turystycznej Majówki jak i sposobów rezerwacji miejsc na wejścia do poszczególnych obiektów.  Już dzisiaj dołącz do wydarzenia i bądź na bieżąco! 
Zapraszamy Serdecznie!

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Nasza Prezes - Dominika Lipska - nominowana w konkursie Kuriera Lubelskiego

Dominika Lipska - fot. Karolina Lipska
Kochani!!!

Prezes naszego Stowarzyszenia Turystyka z Pasją - Dominika Lipska, została nominowana w konkursie "Człowiek Roku 2017" w kategorii Kultura, organizowanego przez Kurier Lubelski. 

Dominika - absolwentka historii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Prezes i współzałożyciel  Stowarzyszenia Turystyka z Pasją, którym skutecznie kieruje od jego powstania w 2014 roku, współorganizując i koordynując działania mające na celu wzbogacenie oferty kulturalnej i turystycznej Zamościa i Regionu. Przewodnik z Pasją, oprowadzający po Mieście Idealnym w strojach historycznych.  Jej kolekcja kostiumów stała się podstawą do stworzenia Wystawy "Koronki, tiurniury, aksamity... stroje i kostiumy historyczne od końca wieku XVI do końca XX wieku". Za swój wkład w promowanie atrakcji turystycznych Zamościa i Roztocza otrzymała, w 2013 roku, podziękowania od ówczesnego Prezydenta Zamościa Pana Marcina Zamoyskiego. W 2014 roku z rąk Dyrektora Muzeum Zamojskiego w Zamościu Pana Andrzeja Urbańskiego, otrzymała tytuł "Amicus Museum".  W roku 2016, Dominika została wyróżniona  statuetką - Animator Kultury Zamościa. Jest osobą aktywnie zaangażowaną w życie społeczne, kulturalne i turystyczne Zamościa. 

Proszę Was wszystkich na oddanie głosu na Dominikę! Jak to zrobić? Wystarczy wysłać smsa pod nr 72355 o treści KLK.187 Koszt smsa to jedyne 2,46 z VAT. Głosować można do 2 lutego br. Zachęcam do głosowania! Pomożecie?




wtorek, 26 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. III - Św. Szczepan

Nasza Grupa Kolędnicza (ok. r 1993) - fot. archiwum
W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia w kościele katolickim wspominamy św. Szczepana, pierwszego męczennika. Nie będę się jednak tutaj rozwodził nad kwestiami religijnymi tego święta, gdyż nie taki cel jest mojego dzisiejszego wpisu. Skupię się tutaj, podobnie jak w dniach poprzednich na tym jak wyglądał ten dzień w czasach mojej młodości, w moim rodzinnym domu w Rybczewicach na Lubelszczyźnie.
Rankiem, zanim wyruszaliśmy do kościoła, tato lub później ja, mieliśmy obowiązek przygotować woreczek (czym większy tym lepszy) ziarna owsa, które następnie zabieraliśmy ze sobą na mszę świętą. Tego dnia lubiłem w kościele wspiąć się na chór muzyczny. Nie to, że właśnie tego dnia odkrywałem w sobie nagły przypływ talentu wokalnego. Było to spowodowane czymś zupełnie innym. Na chór parafialny uczęszczali moi dziadkowie od strony mamy, więc często mnie ze sobą zabierali. Pamiętam, że bardzo mnie pochłaniało słuchanie kościelnych organów, interesowała mnie praca miecha, jak również chóralne śpiewy wiernych.
Podczas mszy świętej ksiądz święcił owies, który to następnie dosypywało się do wysiewanego wiosną zboża, co miało zapewnić urodzaj w przyszłych zbiorach. Co ma jednak wspólnego owies, jego święcenie i moja chęć wspinaczki w tym dniu na chór? Podczas, Gdy ksiądz przechodził wzdłuż kościelnej nawy „wymachując” kropidłem w imię Boga, parafianie obrzucali go garściami przyniesionego ze sobą do kościoła ziarna. Ze wspomnianego chóru muzycznego najłatwiej i najcelniej można było obsypać biednego duchownego, który często by uniknąć trafienia owsem zasłaniał głowę kapturem. Kiedy wierni „ulżyli” sobie owsem na święcącym księdzu, zaczynała się w świątyni regularna wojna pomiędzy parafianami. Pamiętam jak na chórze, wieloletni organista naszej parafii, śp. Kazimierz Marciszuk własnym niemal ciałem zasłaniał swój cenny instrument, by w klawisze i piszczałki nie nawrzucano ziarna. Często z dużego worka przyniesionego do kościoła do domu wracało się zaledwie z garstką na dnie worka, a często jedynie z pojedynczymi ziarnami. Cały zwyczaj rzucania w księdza owsem wiązał się z tym jak zginął patron dzisiejszego dnia, św. Szczepan. Został on ukamienowany przez zebrany tłum Żydów, za przyznawanie się do wiary w Chrystusa. Wierni tego dnia zrezygnowali na szczęście z kamieni i biednemu kapłanowi obrywało się dużą ilością owsianego ziarna. Po mszy cała posadzka świątyni pokryta była owsem. 
Kolędnicy - (ok. r. 1993) - fot archiwum
Po powrocie z kościoła szło się do obory, by podzielić się opłatkiem z żywym inwentarzem. Przeznaczony był do tego celu specjalny kolorowy opłatek, dodawany do tego, który wspomniany wyżej organista roznosił przed świętami. Nie wszystkie zwierzaki z chęcią spożywały ten świąteczny posiłek, przez to często, trzeba było mieszać opłatek z ich codzienną paszą.
W drugi dzień świąt, w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, można już było spotykać się przy stole w dowolnym, niekoniecznie rodzinnym gronie. Często tego dnia odwiedzano znajomych czy sąsiadów, by wspólnie cieszyć się obfitością świąt. Szczepana, to także dzień w którym po wioskach rozpoczynały obchody grupy kolędnicze. Pamiętam lata, że na jednej wsi, jednocześnie kolędowało, kilka zgraj rozśpiewanych kolędników, w różnym wieku i różnej płci. Jedni tylko śpiewali kolędy, za co obdarowywani byli przez gospodarzy przeważnie słodyczami i drobnymi kwotami pieniędzy, inni natomiast po za śpiewem kolęd, w odpowiednich przebraniach, odgrywali w odwiedzanych domach scenki związane z Bożym Narodzeniem, do których wtrącano często elementy kultury ludowej regionu, a czasami również ukryte starannie wątki społeczno – polityczne. Całość przedstawiana była w zabawny, ironiczny sposób, ku uciesze domowników. 
Sam przez kilka lat uczestniczyłem aktywnie w kolędowaniu, które rozpoczęte w św. Szczepana, kończyło się często w okolicach Nowego Roku. Kiedy kończyły się domy w rodzinnej wsi, wyruszaliśmy często przez śnieżne zaspy, w kilku stopniowym mrozie, do sąsiednich miejscowości. Już dzisiaj (a szkoda) nie pamiętam dokładnie tekstów tych mini jasełek, wiem natomiast, że zazwyczaj trafiała mi się zaszczytna rola Marszałka. Może kiedyś w otchłani pamięci lub przeszukując moje bogate zbiory dotyczące historii mojej Małej Ojczyzny, uda mi się odnaleźć chociaż część z kwestii wypowiadanych przez kolędników. Wiem, że dobrze życzyliśmy przyjmującym nas gospodarzom, przez co rzadko zdarzało się by ktoś kolędników do domu nie wpuścił. Wręcz przeciwnie! Jeżeli kogoś przez przypadek się pominęło, to mógł się nawet na kolędujących obrazić. Staraliśmy się więc kolędować od domu do domu, od wsi do wsi, podtrzymując tradycje zapoczątkowana przez naszych przodków. Odbiegając od wspomnień, wyobraziłem sobie dzisiejszych kolędników, którzy pewnie idąc z duchem czasu, w każdym domu robili by sobie „selfi” z domownikami, a uzupełnieniem skrzyneczki na datki, byłby czytnik kart z możliwością płatności zbliżeniowej…
Jak zwykle z kolędą na ustach (ok. r. 1993) - fot archwum
Kiedy byłem już nieco starszy, w dzień św. Szczepana wieczorem przychodził czas na przygotowania do wyjścia na pierwszą po okresie adwentu wiejską zabawę. W Boże Narodzenie, mimo tego, że zakaz organizacji tego typu imprez nie obowiązywał, raczej się one nie odbywały. A gdzie na taką wiejską zabawę można się było udać? Oczywiście do Strażackiej Remizy, która często jako jedyna we wsi dysponowała odpowiednia salą na tego typu imprezy, będącą centrum życia społeczno - kulturalnego. W naszej gminie najlepsze zabawy były w remizach w Bazarze, Częstoborowicach czy Rybczewicach. Schodzili się, zjeżdżali na czym się tylko dało na nie młodsi i starsi, z terenu gminy a często nawet z poza jej granic. Tańce przy lokalnych zespołach muzycznych trwały zazwyczaj do 2-ej – 3-ej w nocy (chyba, że impreza zakończyła się wcześniej przez „ręczną” wymianę zdań między uczestnikami z różnych, nie zawsze kochających się wsi), kiedy to wszyscy powracali do swoich domów. Oj czasami, za nim się wszyscy poodprowadzali, była to niesamowicie długa, zimowa podróż. Z czasem wiejskie zabawy wyparte zostały prze otwierane w pobliskich miejscowościach (Rybczewicach, Siedliskach) dyskoteki i ich niepowtarzalny klimat, chyba już na zawsze znikł z krajobrazu mojej gminy.
Powoli będziemy kończyli nasze wspólne odwiedziny w mojej rodzinnej gminie, w moim rodzinnym domu z czasów dzieciństwa i młodości. Święta powoli się kończą. Jutro jeszcze wspólnie wybierzemy się na święcone wino, a w najbliższych czasie postaram się przedstawić relację z tego jak wyglądały święta z czasów dzieciństwa i młodości, mieszkającej w Rybczewicach, mojej ponad 80-cio letniej babci. 
W tym ostatnim dniu Świąt Bożego Narodzenia, pragnę życzyć Wszystkim czytelnikom mojego bloga, by magia świąt, radość z nimi związana na stałe, każdego dnia roku gościła w naszych sercach. Abyśmy mogli po latach usiąść i we wspomnieniach wrócić do swoich świąt i by były one jedynie miłe, dobre i ciepłe…