wtorek, 26 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. III - Św. Szczepan

Nasza grupa kolędnicza (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia zawsze miał dla mnie szczególny smak. Może dlatego, że nosił w sobie coś więcej niż tylko świąteczną powagę – był dniem radości, swobody i ludowej tradycji, którą dziś wspominam z lekkim uśmiechem i ogromną nostalgią. To właśnie wtedy, w moim rodzinnym domu w Rybczewicach na Lubelszczyźnie, Święta zaczynały nabierać innego tempa. Jeszcze o poranku, zanim wyruszaliśmy do kościoła, tato – a z czasem również ja – mieliśmy swoje ważne zadanie. Trzeba było przygotować woreczek z owsem. Im większy, tym lepszy. Owies ten zabieraliśmy ze sobą na mszę świętą ku czci św. Szczepana. Dla mnie był to zawsze dzień wyjątkowy, bo właśnie wtedy najbardziej ciągnęło mnie na chór muzyczny. Nie dlatego, że odkrywałem w sobie nagłe powołanie do śpiewu, ale z dużo prostszego i bliższego sercu powodu – na chórze śpiewali moi dziadkowie od strony mamy. Często zabierali mnie ze sobą, a ja chłonąłem wszystko: dźwięk organów, ruch miecha, potęgę chóralnego śpiewu i atmosferę miejsca, które wydawało mi się niemal magiczne. Podczas mszy ksiądz święcił przyniesiony owies – ten sam, który później dosypywano do wiosennego siewu, wierząc, że zapewni on urodzaj i pomyślność. Ale św. Szczepan miał też swoje bardziej… żywiołowe oblicze. Gdy kapłan przechadzał się wzdłuż kościelnej nawy, „wymachując” kropidłem, wierni zaczynali obrzucać go garściami owsa. I tu właśnie chór okazywał się miejscem strategicznym – stamtąd najłatwiej było celnie obsypać biednego duchownego, który często, chcąc uniknąć gradu ziaren, zasłaniał głowę kapturem. Po chwili w świątyni rozpętywała się prawdziwa bitwa. Pamiętam, jak nasz wieloletni organista, śp. Kazimierz Marciszuk, niemal własnym ciałem osłaniał organy, by ziarno nie wpadło między klawisze i piszczałki. Zdarzało się, że z pełnego worka owsa do domu wracaliśmy zaledwie z garstką ziaren – albo i z niczym. Posadzka kościoła po mszy była cała nimi zasypana. Ten zwyczaj, choć pełen śmiechu, miał swoje głębokie znaczenie – nawiązywał do męczeńskiej śmierci św. Szczepana, ukamienowanego za wiarę. Na szczęście w naszej tradycji kamienie zastąpił owies.
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Po powrocie z kościoła czekał nas jeszcze jeden ważny moment – wizyta w oborze. Dzieliliśmy się opłatkiem z żywym inwentarzem. Był to specjalny, kolorowy opłatek, dodawany do tych, które przed świętami roznosił organista. Nie wszystkie zwierzęta podchodziły do tego świątecznego przysmaku z entuzjazmem, więc często trzeba było mieszać go z codzienną paszą. Drugi dzień Świąt był też czasem odwiedzin. W przeciwieństwie do Wigilii, można było spotykać się w szerszym gronie – u sąsiadów, znajomych, przyjaciół. Tego dnia po wsiach ruszały również grupy kolędnicze. Bywało, że w jednej miejscowości kolędowało kilka zgraj naraz – dzieci, młodzież, dorośli. Jedni tylko śpiewali kolędy, inni, poprzebierani, odgrywali scenki bożonarodzeniowe, często z domieszką lokalnego folkloru, a czasem nawet z przemyconą ironią społeczną czy polityczną. Wszystko podane w żartobliwej formie, ku uciesze gospodarzy. Przez kilka lat sam byłem częścią takiej kolędniczej grupy. Zaczynaliśmy w św. Szczepana, a kończyliśmy nieraz dopiero w okolicach Nowego Roku. Gdy zabrakło domów w rodzinnej wsi, ruszaliśmy przez zaspy do sąsiednich miejscowości, w kilkustopniowym mrozie. Dziś nie pamiętam już dokładnie tekstów jasełek, ale wiem, że często przypadała mi rola Marszałka. Może kiedyś, grzebiąc w swoich zbiorach dotyczących historii mojej Małej Ojczyzny, natrafię jeszcze na fragmenty tych kwestii. Wiem jedno – zawsze dobrze życzyliśmy gospodarzom i niemal nigdzie nie spotkaliśmy się z odmową. Co więcej, pominięcie czyjegoś domu bywało powodem obrazy. Kolędowało się więc od domu do domu, od wsi do wsi, pielęgnując tradycję przekazywaną przez pokolenia. Dziś, pół żartem pół serio, wyobrażam sobie kolędników robiących w każdym domu selfie, z czytnikiem kart zamiast skrzynki na datki… Gdy byłem już starszy, wieczór św. Szczepana oznaczał jedno – przygotowania do pierwszej po adwencie wiejskiej zabawy. Odbywały się one oczywiście w remizach strażackich – centrach życia społeczno-kulturalnego. Najlepsze zabawy w naszej gminie były w Bazarze, Częstoborowicach i Rybczewicach. Zjeżdżali się młodsi i starsi, z bliska i z daleka. Tańce przy lokalnych zespołach trwały do późnej nocy, czasem do drugiej czy trzeciej, o ile wcześniej nie zakończyły się „ręczną wymianą zdań” między uczestnikami z różnych wsi. Powroty do domu bywały długie i mroźne, zwłaszcza zanim wszystkich się poodprowadzało. Z czasem remizowe zabawy ustąpiły miejsca dyskotekom w pobliskich miejscowościach, a ich niepowtarzalny klimat zniknął z krajobrazu mojej gminy.  
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Powoli kończymy nasze wspólne odwiedziny w moim rodzinnym domu i gminie z czasów dzieciństwa i młodości. Święta dobiegają końca. Jutro jeszcze wybierzemy się na święcone wino. Na zakończenie tych świątecznych wspomnień chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom mojego bloga, aby magia Świąt Bożego Narodzenia – ta cicha, dobra i ciepła – towarzyszyła nam nie tylko przez kilka dni w roku, ale każdego dnia. I abyśmy po latach mogli wracać do swoich wspomnień z uśmiechem, wdzięcznością i spokojem serca.

Przeczytaj również o Bożym Narodzeniu w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Bożego Narodzenia klikając  TUTAJ

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. II - Boże Narodzenie

Ja ze Świętymi Mikołajem (1985) 
Kontynuując nasze wspólne świąteczne opowieści, dziś chciałbym zabrać Was do mojego rodzinnego domu i podzielić się tym, jak wyglądał pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia – dzień szczególny, bo zarezerwowany wyłącznie dla najbliższej rodziny. O ile w Wigilię czy w drugi dzień świąt dopuszczalne były wizyty u sąsiadów i znajomych, o tyle sam dzień Bożego Narodzenia miał u nas wymiar bardziej intymny, domowy i spokojny. Jak świętowaliśmy w niewielkiej miejscowości na Lubelszczyźnie? O tym właśnie jest dzisiejszy wpis. Kiedy byłem już na tyle duży, by uczestniczyć w nocnym nabożeństwie, starałem się co roku chodzić na pasterkę do kościoła w Częstoborowicach. Samochodów było wówczas niewiele, więc wielu wiernych – mimo mrozu i śniegu – podążało do świątyni pieszo. Ta nocna wędrówka miała w sobie coś wyjątkowego, niemal mistycznego.

Na pasterce kościół pękał w szwach. Msza święta rozpoczynała się zawsze uroczystym odśpiewaniem kolędy „Bóg się rodzi…”. W jej takt ksiądz proboszcz wnosił w procesji figurkę Dzieciątka Jezus, którą następnie układał w żłóbku, na sianie, w przygotowanej tuż przed świętami tradycyjnej szopce. Msza trwała długo, ale chyba tylko chłód i podniosłość chwili sprawiały, że nikt – nawet ci, którym udało się zasiąść w przepełnionych ławkach – nie odpływał w objęcia Orfeusza. W świątyni, obok zapachu kadzidła, unosiła się także woń wigilijnych potraw (a czasem i czegoś mocniejszego, co wyraźnie poprawiało zdolności wokalne wiernych). Przy ołtarzu roiło się od ministrantów, a na koniec przychodził czas na Boże błogosławieństwo i serdeczne życzenia od proboszcza.

Wychodząc z kościoła, należało uklęknąć na chwilę przed stajenką, a potem wrzucić grosik do skarbonki trzymanej przez porcelanowego aniołka. Ten, w ramach podziękowania, kiwał główką ozdobioną aureolą. Po mszy wszyscy gromadzili się jeszcze „na murach” świątyni. Odpalano petardy i sztuczne ognie – było głośno, kolorowo i radośnie. Padały życzenia wesołych, zdrowych i rodzinnych świąt. Droga powrotna do domu również najczęściej odbywała się pieszo. Często zachodziłem jeszcze na stary częstoborowicki cmentarz, by pomodlić się i zapalić lampki na grobach bliskich. Gdy przekraczało się próg domu, było już dobrze po drugiej w nocy. Jeszcze tylko szybki skok do komory po kawałek ciasta – tego, którego w Wigilię skosztować nie było wolno – i przychodził czas na zasłużony sen. A tymczasem w stajni, oborze i chlewie rozpoczynały się „rozmowy zwierząt”, bo przecież według tradycji właśnie tej nocy mówią one ludzkim głosem… O czym? Lepiej ponoć nie podsłuchiwać.

Kościół w Częstoborowicach - fot. Tomasz Banach
W Boże Narodzenie można było pospać nieco dłużej. Rano, wchodząc do domu dziadków, należało – podobnie jak w Wigilię – pozdrowić Boga, dodając słowa: „Kolęda na szczęście, na zdrowie, na te Święte Boże Narodzenie”. Do kościoła chodziło się zazwyczaj na uroczystą sumę, a po mszy, przed świątynią, składano życzenia tym, których nie spotkaliśmy w nocy na pasterce. Po powrocie do domu rozpoczynało się wielkie przygotowanie do uroczystego obiadu, który u nas często przeciągał się aż do kolacji. Tym razem na stole królowały dania mięsne. W końcu można było legalnie skosztować świątecznych specjałów: pachniała wędzona kiełbasa, boczki, polędwice, szynki i pieczone pasztety. Pojawiało się też po raz pierwszy w te święta „oficjalne” ciasto. Przy stole ponownie składano życzenia i łamano się opłatkiem z tymi, których nie widziało się w Wigilię. Gromko rozbrzmiewały kolędy, a z czasem także piosenki biesiadne, patriotyczne, a nawet wojskowe. Moja rodzina zawsze była rozśpiewana – dziadkowie od strony mamy śpiewali w chórze kościelnym, a ja jednym palcem próbowałem akompaniować na klawiszach. Było radośnie, głośno i bardzo rodzinnie.

Gdy goście zaczynali się rozchodzić, przychodził czas na tradycyjne w mojej rodzinie „odprowadzanie”, które nierzadko kończyło się przeniesieniem świątecznej biesiady do kolejnych domów krewnych. Ważnym zwyczajem w moich stronach było także rozpoczynające się w Boże Narodzenie odliczanie dwunastu dni, mających wróżyć pogodę na kolejne miesiące roku. Jeśli dzień „przypisany” na przykład sierpniowi był chłodny i wilgotny, wierzono, że taki właśnie będzie cały sierpień.

Tak minął nam kolejny dzień wspólnego świętowania. Już jutro opowiem Wam, jakie tradycje kultywowano w mojej rodzinnej gminie Rybczewice w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia – w święto św. Szczepana.

Przeczytaj również o Wigilii  w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ

niedziela, 24 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. I - Wigilia


W ten wyjątkowy wigilijny wieczór, gdy na niebie zapala się Pierwsza Gwiazdka, a choinka cicho rozświetla dom, myślami wracam do Świąt z lat dzieciństwa. Do czasu, który minął szybciej, niż byśmy chcieli, zostawiając po sobie zapach choinki, dym z komina i ciepło rodzinnego domu. Rzadko piszę o sobie, ale dziś czuję, że właśnie teraz jest na to miejsce i pora – by pochylić się nad wspomnieniami z najcudowniejszych lat życia. 
Rodzinnie (1980) - fot. Jerzy Lis
Urodziłem się i wychowałem w Rybczewicach, niewielkiej miejscowości na południowy wschód od Lublina. Tam, w domu moich bliskich, Boże Narodzenie miało swój rytm, swoje dźwięki i zapachy. Adwent był czasem cichego oczekiwania – rorat o świcie w parafii w Częstoborowicach i gorączkowych przygotowań w domu. Wszystko musiało być „na święta”.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
Przedświąteczne dni wypełniała praca. Najpierw świniobicie, potem pieczenie pasztetów, robienie kaszanek i wędzenie szynek. Cała wieś pachniała dymem z drewna owocowego i jałowca, a gotowe wędliny kusiły, choć słyszało się tylko: „Nie ruszaj, to na święta”. Później przychodził czas na pieczenie – makowce, serniki, kruche ciasta, których starczało aż do Trzech Króli. Były porządki w domu i obejściu, trzepanie dywanów, mycie podłóg i przygotowywanie paszy dla zwierząt. Wszystko miało być gotowe na Wigilię.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
W samą Wigilię wstawało się bardzo wcześnie. Od rana dymiły kominy, a dom czekał na pierwszego gościa – najlepiej mężczyznę, bo to miało przynieść szczęście i dostatek. Dzień był postny, a prawdziwym celem była wieczorna kolacja – „pośnik”. Przed południem szło się do kościoła na mszę za zmarłych, a w domu mama z babcią przygotowywały wigilijne potrawy, których zapachy nie dawały spokoju wygłodniałym brzuchom.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
Tuż przed wieczorem dziadek lub tata wnosili do izby „Króla” – snopek zboża, który stał w kącie aż do Trzech Króli, przynosząc, jak wierzono, zdrowie i urodzaj. Ubieraliśmy choinkę – czasem żywą, czasem sztuczną. Ozdoby były proste: papierowe łańcuchy, szyszki malowane srebrzanką, orzechy w złotkach, jabłka i cukierki-sopelki. Dopiero wieczorem choinka rozbłyskiwała światłami i stawała się prawdziwą magią.
Zimowe Częstoborowice (2010) - fot. Tomasz Banach
Do wieczerzy zasiadaliśmy, gdy wszyscy się zeszli. Stół przykrywał biały obrus, pod nim leżało siano, a jedno miejsce zawsze pozostawało wolne. Było czytanie Ewangelii, wspólna modlitwa, łamanie się opłatkiem i kolędy – najczęściej „Wśród nocnej ciszy” albo „Bóg się rodzi”. Dopiero potem pojawiały się potrawy: barszcz z uszkami, kapusta z grochem i grzybami, smażony karp, śledzie, kluski z makiem, racuchy lub pączki – zależnie od tego, u której babci spędzaliśmy Wigilię. Wszystko popijaliśmy kompotem z suszu. Ciasta musiały poczekać. Prezenty pod choinką były skromne, ale wyczekane. Najważniejsza była jednak bliskość – rozmowy, kolędy i to szczególne ciepło, które zostaje w człowieku na całe życie. Po kolacji jedni wracali do domów, inni szykowali się na Pasterkę.

Dziś, po latach, wiem, że to nie potrawy ani prezenty były najważniejsze. Najcenniejsze było bycie razem. I choć tamte Święta minęły bezpowrotnie, wciąż żyją we mnie – za każdym razem, gdy na niebie zapala się Pierwsza Gwiazdka.

Przeczytaj również o Bożym Narodzeniu w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ

sobota, 23 grudnia 2017

Uroczysta Gala Podsumowania Roku Kulturalnego 2017 w Zamościu za nami!

"Nasza ekipa" na Gali Podsumowania Roku Kulturalnego w Zamościu -
fot. Kazimierz Chmiel
Zamojskie Środowiska Kulturalne, w piątek 15 grudnia 2017 roku podsumowały mijający rok w sferze kultury. Podczas uroczystej Gali na, pięknie przystrojonej na tę okazję hali tenisowej Ośrodka Sportu i Rekreacji w Zamościu doceniono pracę i wkład w życie kulturalne miasta ludzi i instytucji angażujących się na co dzień w to by Miasto Idealne kulturą i sztuką stało. Wręczono Odznaczenia Państwowe, Medale "Zasłużony dla Kultury Zamościa", statuetki "Ambasador Kultury Zamościa", "Animator Kultury Zamościa" "Sponsor Kultury Zamościa"  oraz przyznano nagrody pieniężne.
 Medal „Zasłużony dla Zamościa” otrzymali:
- Bogumiła Sawa;.
- Zamojskie Towarzystwo Fotograficzne;
- Waldemar Zakrzewski; 
Statuetki Jana Zamoyskiego - fot. Kazimierz Chmiel
W kategorii „Ambasador Kultury Zamościa” wyróżnieni zastali:
- Joanna Brześcińska – Riccio. 
- Leszek Wiśniewski. 
- Leonard Marczuk. 
- ks. Marek Lis
Super Animatora Kultury otrzymała Pani Marta Derkacz-Turczyn. W podziękowaniu za 40-letnie twórcze uczestnictwo w życiu kulturalnym Zamościu.
- Wojciech Brykner. 
- Adam Gąsianowski. 
- Grupa Stforky. 
- Chór Ziemi Zamojskiej „Contra”. 
W kategorii „Sponsor Kultury Zamościa” wyróżnienia otrzymali:
- Super Sponsor dla PKP LHS 
- Restauracja Bohema – Państwo Małgorzata i Janusz Kitkowie 
Nagrody finansowe otrzymali:
- Elżbieta Gnyp. 
Reżyser Leszek Wiśniewski odbiera nagrodę Ambasadora Kultury Zamościa
od Pana Prezydenta Andrzeja ZAstąpiło - fot. Kazimierz Chmiel 
- Grzegorz Obst.
- Włodzimierz Filipski. 
- Maria Rzeźniak. 
- Bożena Fornek. 
- Bogusław Bodes. 
- Krzysztof Serafin. 
- Łukasz Trojanowski. 
Ponadto w związku z zakończeniem pracy zawodowej i odejściem na emeryturę podziękowania specjalne otrzymały Panie:
- Danuta R. Kawałko. 
- Zofia Socha. 

Więcej informacji o nagrodzonych i wyróżnionych przeczytacie

Imprezę uświetnił wspaniały koncert w wykonaniu Orkiestry Sentymentalnej Piotra Stopy z repertuarem z lat 20-tych i 30-ych XX wieku. Całość Gali poprowadzili: Joanna Bilska - Pawłowska i Patryk Pawelec. Część muzyczną natomiast będącą wspomnieniem balów z okresu międzywojennego poprowadziła, jak zwykle niezastąpiona szefowa naszego Stowarzyszenia - Dominika Lipska.
O to by zachwycić się smakami zamojskiej (ale także Leśmianowej) kuchni zadbali zamojscy Restauratorzy. Wyborną kawę serwowała Galicja Cafe, a o roztoczańskie smaki winne zadbał Artur Podhajny
Między innymi nasi członkowie Stowarzyszenia (co widać na zdjęciu powyżej) mogli zaprezentować się w ciekawych stylizacjach. Muszę zdradzić, że niektóre z nich powstały z myślą o tej uroczystości. Jak wyglądaliśmy tego wieczoru, możemy zobaczyć dzięki fotografikowi Kazikowi Chmielowi.

środa, 13 grudnia 2017

"Bardowie w Zamościu" - spotkanie autorskie z Alicją Janusz

Alicja Janusz z prowadzącym spotkanie Tomkiem Kowalewskim -
fot. Turystyka z Pasją 
W sobotni grudniowy wieczór, w klimatycznych wnętrzach Klubokawiarni Szkoła Życia w Zamościu miało miejsce spotkanie autorskie z Alicją Janusz, bardem – lutnistką, autorką opowiadań fantastycznych zebranych w antologii BALLADY ZE SPALONEGO TRAKTU wydanej w bieżącym roku nakładem toruńskiego wydawnictwa Adam Marszałek.
Spotkanie pod hasłem „Bardowie w Zamościu spotkanie autorskie z Alicją Janusz” poprowadził znany bard z Zamojszczyzny, członek fokowej grupy muzyczno – wokalnej Koromysło – Tomek Kowalewski. 
Podczas spotkania z Alicją rozmawialiśmy oczywiście o fabule jej książki, której nie chciałbym w tym miejscu z przyczyn oczywistych zdradzać przyszłym czytelnikom, jak również o samym warsztacie pracy nad publikacją. Wybór Zamościa na miejsce spotkania nie był oczywiście przypadkowy. Jak podkreślała niejednokrotnie sama autorka, nasze miasto jest jej osobiście bardzo bliskie...
 Dlaczego Zamość jest Alicji szczególnie bliski i to właśnie to miejsce wybrała autorka do sadzenia części z akcji opowiadań dowiemy się czytając pełną wersję artykułu na stronie 8 Nowego Kuriera Zamojskiego lub w wersji elektronicznej klikając TUTAJ

Zapraszam do lektury

piątek, 8 grudnia 2017

"Legenda Stołu Szwedzkiego" z wyróżnieniem w konkursie "Inicjatywa Roku 2016"

We wtorek 5 grudnia z Osiedlowym Domu Kultury "Okrąglak"  odbyła się uroczysta Gala Wolontariatu połączona z rozstrzygnięciem konkursu, organizowanego przez Zamojskie Forum Inicjatyw Społecznych. Podczas imprezy świętowaliśmy również 15- lecie działalności Zamojskiego Centrum Wolontariatu, które od czasu swego powstania prężnie działa na rzecz bezinteresownej pomocy osobom potrzebującym, jednocześnie angażując się w wiele inicjatyw podejmowanych na terenie naszego miasta. Podczas uroczystości podziękowano wszystkim, którzy w tym roku, jak też w latach ubiegłych angażowali się w pracę społeczną. Osobiście jestem pod wielkim wrażeniem, widząc rzeszę, w dużej mierze młodych osób angażujących się w pracę wolontariacką. Jest to ogromny potencjał, który dzięki integrującej roli Zamojskiego Centrum Wolontariatu robi bardzo wiele dla naszej lokalnej społeczności. Szczególne podziękowania spłynęły na ręce osób od, których to wszystko sie zaczęło, a mianowicie na obecną i byłą szefową Zamojskiego Centrum wolontariatu. To dzięki zaangażowaniu i determinacji tych pań możemy szczycić się tym, że w Zamościu mamy tak sprawnie działający ośrodek wolontariacki. W tym miejscu pozostaje mi tylko pożyczyć Wszystkim zaangażowanym w pracę społeczną, satysfakcji z tego co robią, siły do dalszej pracy i wielu zrealizowanych projektów, na tej ciężkiej, często niedocenianej i traktowanej niesłusznie marginalnie niwie.  Wielu sukcesów dla Was (a raczej dla nas, gdyż także angażujemy się w pracę wolontariacką)i oby tak dalej!
W ramach gali, jak już wspominałem, odbyło się również wręczenie nagród w konkursie na "Inicjatywę roku 2016".  W tym doku nagrodzono następujące inicjatywy:
I miejsce uzyskał projekt II Orszak Trzech Króli w Zamościu zgłoszony przez Stowarzyszenie Sympatyków Orszaku Trzech Króli w Zamościu.
II miejsce – projekt p.n. Budowa Boisk Sportowych we wsi Stara Huta zgłoszony przez Stowarzyszenie na rzecz rozwoju miejscowości Stara Huta i okolic „Zielona Knieja”
III miejsce zajęła Jubileuszowa XV edycja Międzynarodowego Festiwalu „Eurofolk 2016” – projekt zgłoszony przez Stowarzyszenie Przyjaciół Ludowego Zespołu Pieśni i Tańca „Zamojszczyzna”
Wszystkim nagrodzonym z całego serca gratulujemy. Nasze Stowarzyszenie, także ma się czym poszczycić, gdyż za naszą inicjatywę "Legenda Stołu Szwedzkiego" w konkursie ZFIS otrzymaliśmy wyróżnienie, z którego jesteśmy niezmiernie dumni i za które bardzo serdecznie dziękujemy organizatorom konkursu. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziemy mieli zaszczyt po raz kolejny spotkać się w tak zaszczytnym gronie. 

czwartek, 7 grudnia 2017

Zapraszamy na bezpłatne zwiedzanie Wystawy "Koronki, tiurniury, aksamity..."

W ramach akcji "Kulturalny Bilet Wolontariusza" organizowanej przez Narodowe Centrum Kultury zapraszamy do bezpłatnego zwiedzania wystawy "Koronki, tiurniury, aksamity - kostiumy od końca XVI do XX wieku" w Kazamacie Wschodniej Bastionu II w dwie soboty grudnia 9 i 16 o godz. 12.00. Zbiórka na Rynku Wielkim pod schodami Ratusza a potem przejdziemy do Bastionu II.
Na wystawie, którą można oglądać w zabytkowych wnętrzach Bastionu II w Zamościu, można zobaczyć stroje i kostiumy historyczne, od końca wieku XVI do końca wieku XX. Ekspozycja jest efektem pracy członków naszego Stowarzyszenia (a w szczególności Dominiki i jej mamy Doroty, które są autorkami i wykonawczyniami większości prezentowanych na wystawie strojów). Podczas zwiedzania na pewno każdy znajdzie coś, co go zainteresuje. Po za prezentowanymi kostiumami i strojami (zarówno damskimi, jak i męskimi), będzie można zobaczyć elementy wyposażenia wnętrz z dawnych epok z "kącikiem damy" na czele.
Nasza wystawa w ubiegłym roku została wyróżniona w Ogólnopolskim Konkursie Generalnego Konserwatora Zabytków na najlepszy projekt w dziedzictwie w kategorii: wystawy, projekty multimedialne oraz zajęła zaszczytne III Miejsce w konkursie na Inicjatywę Pozarządową 2015 organizowanym przez Zamojskie Forum Inicjatyw Społecznych. Zapraszamy do wspólnego zwiedzania.

Więcej o bezpłatnym zwiedzaniu przeczytacie: TUTAJ
Zachęcam jednocześnie do odwiedzenia strony Wystawy na fb klikając: TUTAJ

środa, 6 grudnia 2017

Twierdza Zamość - Ostatni bastion powstania listopadowego

Zamość na akwareli Jana Pawła Lelewela
Kolejny artykuł mojego autorstwa ukazał się na łamach Nowego Kuriera Zamojskiego:
Kilka dni temu, 29 listopada obchodziliśmy 187 rocznicę wybuchu powstania listopadowego. W związku z tym uznałem, że warto przybliżyć czytelnikom Nowego Kuriera Zamojskiego rolę jaką odegrała Twierdza Zamojska w ciężkim i burzliwym okresie „nocy listopadowej”.

Przeddzień wybuchu powstania twierdza zamojska była jedną z dwóch (poza Modlinem) kluczowych fortyfikacji na terenie Królestwa Polskiego. Wprawdzie powstała na przełomie XVI i XVII wieku fortalicja, mimo licznych przebudów, była w XIX stuleciu nieco przestarzała i nie w pełni mogła sprostać warunkom ówczesnego pola walki, jednak jej położenie na kresach południowo – wschodnich podporządkowanego Rosji Królestwa Polskiego miało nadal znaczenie strategiczne. 
Kiedy wybuchło powstanie listopadowe, dyktator powstania Józef Chłopicki docenił znaczenie jak i wspomniane wyżej położenie zamojskiej twierdzy, czyniąc starania by podporządkować ją władzom powstańczym. W tym celu wysłał do Zamościa kuriera powstańczego Andrzeja Edwarda Koźmiana. Koźmian w Zamościu został chłodno przyjęty przez znienawidzonego przez polaków komendanta twierdzy generała Józefa Hurtiga. Natomiast został entuzjastycznie powitany przez polskich żołnierzy i oficerów, którzy spontanicznie poparli powstanie. W zaistniałej sytuacji Hurtingowi nie pozostało nic innego jak podać się do dymisji. Jego miejsce na stanowisku dowódcy garnizonu zamojskiego zajął, znany ze swego męstwa i patriotyzmu, generał Julian Sierawski. Rozpoczęto umacnianie fortyfikacji Zamościa, uzupełnianie stanów garnizonowych oraz gromadzenie zapasów broni, amunicji i żywności niezbędnych do wzmocnienia pozycji twierdzy w nadchodzącej wojnie polsko – rosyjskiej. Prym w przygotowaniach wiódł skierowany do Twierdzy Zamojskiej podpułkownik Ignacy Prądzyński – jeden z wybitniejszych oficerów polskich tego okresu. Już w styczniu 1831 roku zwrócił on uwagę na to, że twierdza zamojska mogła by pełnić rolę doskonałej bazy wypadowej dla rozszerzenia powstania na tereny Podola i Wołynia.
Po upadku dyktatury Chłopickiego, pod koniec stycznia 1831 r., odwołany został ze swojego stanowiska generał Sierawski jak i podpułkownik Prądzyński. Na szczęście twierdza w tym czasie była już dostatecznie ufortyfikowana i zaopatrzona. Nowym komendantem garnizonu zamojskiego został pułkownik Jan Krysiński awansowany tuż po objęciu funkcji do stopnia generała. Był to doświadczony i zaprawiony w bojach oficer artylerii...
Opracowanie tekstu: Tomasz Banach

Całość artykułu możecie przeczytać na stronie 10-ej najnowszego
wydania Nowego Kuriera Zamojskiego lub w wersji elektronicznej (również strona 10-ta)


piątek, 1 grudnia 2017

Pierwszy Powojenny Bal Oficerski za nami!

Nasza Ekipa na Pierwszym Powojennym Balu Oficerskim -
fot. Kazimierz Chmiel
"Lata dwudzieste, lata trzydzieste..." w takich właśnie klimatach bawili się uczestnicy Pierwszego Powojennego Balu Oficerskiego w Hotelu Koronnym, który odbył się 18 listopada br. Impreza zorganizowana była w celu zebrania funduszy na odbudowę Pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego, który w okresie międzywojennym stał na terenie zamojskich koszar.
Organizatorami Balu był Społeczny Komitet Budowy Pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego w Zamościu oraz Miasto Zamość. Odbudowany Pomnik ma stanąć w setną rocznicę odzyskania niepodległości przed Zamojskim Klubem Garnizonowym. Bardzo się cieszymy, że również przedstawiciele naszego Stowarzyszenia, występując na Balu w strojach z lat 20-tych i 30-tych mogli dołożyć swoją cegiełkę na ten cel.
Dominika i ja podczas Balu Oficerskiego -
fot. Kazimierz Chmiel 
Bal tradycyjnie rozpoczął się od powitania przybyłych gości oraz zaproszeniem do odtańczenia poloneza oraz strzału armatniego. Oprawę muzyczną wieczoru zapewnił Zespół Kameralny Orkiestry Symfonicznej im. Karola Namysłowskiego w Zamościu, która w trzech sekwencjach zaprezentowała nam repertuar związany z okresem międzywojnia. Po za częścią taneczną zespół wraz z naszą Prezes Dominiką, która zapowiadała poszczególne utwory, przeprowadzili konkurs "Jaka to melodia" w stylu retro oczywiście.
Atrakcji podczas balu było co niemiara. Przedstawiciele Zespołu Pieśni i Tańca Zamojszczyzna prezentowali tańce z epoki, jak też tradycyjne tańce polskie bez których nie mógł się przecież odbyć żaden prawdziwy Bal. Dużym zainteresowaniem cieszyła się również stylizowana na okres międzywojenny foto budka, w której u artysty fotografa Kazimierza Chmiela (Światłoczuły) można było wykonać stylizowane zdjęcia. W związku z tym, że zbliżał się czas "Andrzejek" nie obyło się również bez tradycyjnych wróżb u prawdziwej, zaproszonej ta tę okazję wróżki.
Dla osób, które wystąpiły w strojach z epoki przeprowadzony był konkurs z nagrodami za najlepsze przebranie. Nie obyło się także bez "krwawych" zajść podczas imprezy. W obronie honoru damy odbył się pojedynek w którym udział wzięli przedstawiciele Grupy Rekonstrukcji Historycznej Jana Sobiepana Zamoyskiego. na szczęście na sali był lekarz (co prawda ginekolog) i upływ krwi został szybko zahamowany, a honor damy uratowany. Czyli tradycji stało się zadość.
Nasze Panie "oprawione w ramy" - fot. Kazimierz Chmiel
Całość przeplatana była prezentacjami i licytacjami cennych eksponatów ze sprzedaży których fundusze trafiły na odbudowę Pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego w Zamościu.
Humory dopisywały co skutkowało świetną zabawą i wspólnym śpiewaniem pieśni żołnierskich i patriotycznych.
Bardzo dziękujemy organizatorom za to, ze mogliśmy wziąć udział w tak wyjątkowym dla naszego miasta wydarzeniu. Mamy nadzieję, że był to Pierwszy i nie ostatni Powojenny Bal Oficerski w Zamościu. Można by organizować tego typu imprezy również z okazji innych zbiórek organizowanych na cele społeczne. To świetna forma połączenia dobrej zabawy ze zbiórką funduszy na szczytne cele. A jak widzimy ludzi dobrej woli w Hetmańskim Grodzie nie brakuje.