niedziela, 1 kwietnia 2018

Wielkanocne tradycje w mojej rodzinnej wsi... cz. I

W związku z przeżywanymi obecnie najważniejszymi chrześcijańskimi świętami – Wielkanocą, postanowiłem powrócić pamięcią do lat mojego dzieciństwa i do tego jak ten czas wyglądał dawniej, jak zapisał się w mojej pamięci z lat dzieciństwa. Przenieśmy się, po raz kolejny do mojej rodzinnej wsi Rybczewice w województwie lubelskim i poczujmy zapach wiosny, zapach świątecznych potraw… smaków młodości.
Okres Wielkanocny, po okresie wielkiego postu, rozpoczynał się już w Niedzielę Palmową, kiedy to szło się do kościoła z przygotowaną (lub kupioną na targu w niedalekich Piaskach) palmą, którą na pamiątkę rzucania zielonych gałęzi pod kopyta osiołka na którym Jezus tego dnia wjechał do Jerozolimy, tego dnia święcono w kościele. Czym większa i bardziej zdobna palma tym gospodarz bardziej zamożny, a panna bardziej posażna. Podczas mszy zbierano ofiary przeznaczone na kwiaty do Bożego Grobu.
Już od początku Wielkiego Tygodnia trwały przygotowania do zbliżających się świąt. Porządkowano domostwa i ogrody, wędzono kiełbasy i mięsiwa, pieczono placki… Wszędzie było gwarno i pachniało świątecznie, wiosennie.
W Wielki Czwartek wieczorem w kościele, Mszą Wieczerzy Pańskiej,  rozpoczynało się Triduum Paschalne, czyli trzy najważniejsze dni w kalendarzu liturgicznym kościoła katolickiego. Na zakończenie nabożeństwa w uroczystej procesji przenoszono najświętszy sakrament do tzw. Ciemnicy. W kościele milkną dzwony, zastępowane drewnianymi kołatkami. Od tego czasu, aż do Mszy Świętej Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę, nie sprawowana jest eucharystia. 
Wielki Piątek to dzień śmierci Jezusa, w którym zamiast mszy św. odprawiana jest droga krzyżowa i liturgia męki pańskiej, podczas, której kapłan dokonuje przeniesienia Ciała Chrystusa do symbolicznego Grobu Pańskiego. Od kiedy pamiętam aranżacją grobu w naszym parafialnym kościele w Częstoborowicach zajmował się, dzisiaj już niestety śp. Franciszek Skrętkowicz, wieloletni nauczyciel Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego wraz z uczniami Liceum Ogólnokształcącego w Rybczewicach w którym uczył. I Mnie także zdarzało się brać w tym udział. Pamiętam jak wywieszano stare płótna imitujące motywy roślinności jerozolimskiej, a skały groty zastępowano odpowiednio zmiętymi szarymi papierami pakowymi. Wewnątrz grobu składano naturalnych rozmiarów figurkę Chrystusa.
Na zakończenie liturgii Wielkiego Piątku, kiedy już symbolicznie złożono Pana Jezusa do grobu, ustawiano przed nim straże. W rolę strażników wcielali się strażacy z Ochotniczych Straży Pożarnych z terenu naszej parafii. W galowych mundurach pełniliśmy straże, według ustalonego od lat harmonogramu. Rozpoczynała miejscowa Straż Pożarna z Częstoborowic i Podizdebna, która pełniła straż przez całą piątkową noc, aż do pierwszego święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, Następnie warty przy Grobie Pańskim obejmowali strażacy z mojej rodzimej jednostki OSP w Rybczewicach, którzy pełnili służbę do sobotniego wieczoru, kiedy to ustępowaliśmy miejsca naszym kolegom z Ochotniczej Straży Pożarnej z Bazaru. Strażacy pełnili warty, aż do uroczystej mszy rezurekcyjnej w Niedzielę Wielkanocną.
W wielką sobotę rano, tradycyjnie święciło się pokarmy. Do koszyczka niesionego do kościoła wkładało się obowiązkowo przygotowane wcześniej przez babcię czy mamę pisanki, wędzoną kiełbasę i wędlinę, chrzan, sól, ciasto. Nie mogło też zabraknąć wielkanocnego baranka – symbolu zmartwychwstania. Koszyki przyozdabiane były zielonymi liśćmi fiołków lub gałązkami bukszpanu. Z takim koszykiem pędziło się jak najraniej do świątyni, gdyż w moim domu przyjęło się uważać moment poświęcenia pokarmu, momentem zakończenia wielkopiątkowego postu. 
Po poświęceniu pokarmów, wówczas kiedy wszedłem już w wiek młodzieńczy, zakładałem wyjściowy mundur strażacki i pędziłem na adorację przy Grobie Pańskim. To był wielki zaszczyt, na który czekało się cały rok. Uroczyście zmieniające się warty trwały ok. 20 -30 min. Stróżówkę mieliśmy na dole, przed murami kościoła, w dawnej salce katechetycznej, przez to za każdym razem trzeba było przy zmianie warty wspiąć się po stromych krytych schodach prowadzących przez dzwonnicę do kościoła.
Do domu wracało się dopiero po wieczornej Mszy Wigilii Paschalnej, przed którą przed kościołem palono ognisko z tarniny, sprawując misterium ognia, a następnie podczas misterium wody święcono wodę, która miała służyć przez cały rok miejscowym parafianom.
Po powrocie do domu następowały ostatnie przygotowania do Uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. Po całodziennej warcie przy Grobie zasypiało się dosyć szybko mając świadomość, że trzeba będzie jutro przed świtem wstać i udać się do kościoła na Mszę Rezurekcyjną. C.D.N.

środa, 14 lutego 2018

Rok Zamojskich Twórców Niepodległej ogłoszony!

Maurycy hrabia Zamoyski - jeden z Twórców
Niepodległej związany z Zamościem
Podczas styczniowej Sesji Rady Miasta Zamość (29 stycznia) zamojscy radni przyjęli uchwałę w sprawie ogłoszenia roku 2018, rokiem Zamojskich Twórców Niepodległej. Osoby związane z naszym miastem miały duży wpływ na to, abyśmy dzisiaj mogli żyć w wolnej, niepodległej Ojczyźnie. Z inicjatywą uchwałodawczą wystąpił Prezydent Miasta Zamość, a konsultacje odnośnie doboru wybitnych postaci związanych z Niepodległą przeprowadzono z pracownikami Muzeum Zamojskiego w Zamościu, w tym z wybitnym znawcą tematu drem Jackiem Feduszka. Do grona Zamojskich Twórców Niepodległej wybrani zostali:

 
Zygmunt Brochowicz-Lewiński (1877-1951) – por. WP w 1918 roku, od 2 XI do początków 1919 roku Komendant Straży Obywatelskiej w powiecie zamojskim.
Józef Czernicki (1892-1972) – lekarz internista, w 1918 roku rozbrajał Austriaków w Zamościu, działacz POW i Straży Obywatelskiej.
Ksiądz Józef Dąbrowski – (1888-1976) – infuat zamojski, od 1917 do 1928 roku wikary, od 1918 roku rektor kościoła św. Mikołaja  w Zamościu i prefekt szkół zamojskich, niezwykle czynny działacz patriotyczny, społeczny i gospodarczy. 2 XI 1918 roku na jego ręce urzędnicy i wojskowi złożyli przysięgę na wierność Odrodzonemu Państwu Polskiemu, w 1918 roku przewodniczący Straży Obywatelskiej i członek Komitetu Powiatowego.
Stanisław Dziuba (1886-1968) – przemysłowiec i działącz polityczny PPS w Zamościu. W sierpniu 1918 roku został wiceburmistrzem Zamościa, aktywnie działał w Straży Obywatelskiej, 9 XI 1918 roku objął władzę w okręgu zamojskim jako komisarz Tymczasowego Ludowego Rządu Republiki Polskiej w Lublinie.
Mjr. Leopold Kula-Lis (1896-1919) – bohaterski żołnierz i oficer I Brygady Legionów Polskich, od 17 XII 1918 roku major Wojska Polskiego. Na czele oddziałów WP z Lublina zdławił próbę przewrotu bolszewickiego w Zamościu 28-29 XII 1918 roku. Uczestnik wojny polsko-ukraińskiej w 1919 roku. Ciężko ranny w walkach z Ukraińcami pod Troczynem (6-7 III 1919), zmarł z odniesionych ran. Pośmiertnie awansowany na podpułkownika.
Tadeusz Mikułowski (1884-1944) – Dyrektor Seminarium Nauczycielskiego w Zamościu, znany zamojski mówca. Kilkakrotnie zabierał głos publicznie w ważnych dla Zamościa momentach 1918 roku.
Stefan Miler (1888-1962) – wieloletni nauczyciel Gimnazjum i Liceum im. Jana Zamoyskiego w Zamościu, legionista 1 Pułku Legionów (1915r.), przywódca manifestacji zamojskiej w obronie Chełmszczyzny w lutym 1918 roku, członek POW, w Odrodzonej Polsce wieloletni Prezes Związku Legionistów i Związku Rezerwistów. Założyciel zamojskiego ogrodu zoologicznego.
Michał Marian Pieszko (1890-1969) – nauczyciel historii i geografii w Gimnazjum Zamojskim od 1917 roku, twórca pierwszych drużyn harcerskich  w Zamościu, 1918 roku współorganizator Towarzystwa Krajoznawczego w Zamościu, współtwórca i pierwszy kustosz Muzeum Zamojskiego.
Stefan Pomarański (1893-1944) – żółnierz I Kompanii Kadrowej Legionów, od 1915 roku w strukturach POW, komendant Polskiej Organizacji Skautowej i komendant Kwatery Głównej ZHP. 15 XII 1917 roku wspólnie z Bratem Zygmuntem założył wydawnictwo „Księgarnia Polska”. Był pomysłodawcą i redaktorem Kroniki Powiatu Zamojskiego. Komendant Straży Obywatelskiej w Zamościu od 21 X 1918r.
Zygmunt Pomarański (1898-1941) – żołnierz I Kompani Kadrowej Legionów (1914r.), od 1916 w POW w Radomiu i Iłży, komendant obwodu zamojskiego POW (1917-18), uczestnik rozbrajania wojsk austriackich w Zamościu w listopadzie 1918 roku.
Maciej Rataj (1884-1940) – nauczyciel języków klasycznych w Gimnazjum Męskim w Zamościu (1916-1917), działacz ludowy, organizator pierwszych manifestacji patriotycznych w Zamościu w październiku 1918 roku, w Niepodległej Polsce m.in. marszałek sejmu.
Adam Ignacy Sajkiewicz (1874-1941) – ziemianin, czołowa postać pierwszych dni Niepodległości, działacz gospodarczy. Jako pierwszy w 1916 roku w Zamosciu podczas wiecu odczytał w imieniu społeczeństwa proklamację niepodległości. Prezes Komitetu Ratunkowego i Straży Kresowej, w której imieniu przemawiał w 1918 roku z Ratusza. Członek Komitetu Powiatowego podpisywał odezwę o przejęciu władzy w Zamościu. 5 XI 1918 roku mianowany starostą zamojskim. Pierwszy przewodniczący Sejmiku Zamojskiego w 1919 roku.
Edward Stodołkiewicz (1863-1935) – Burmistrz Zamościa w latach 1915-1920, członek Komitetu Powiatowego przejmującego władzę w Zamościu w 1918 roku. 
Maurycy Zamoyski (1871-1939) – XV ordynat zamojski, dyplomata, współorganizator Komitetu Narodowego Polskiego we Francji (wiceprezes i prezes tej organizacji pod nieobecność twórcy KNP, Romana Dmowskiego), aktywny w pracy niepodległościowej poza granicami kraju, z własnych funduszy finansował działania KNP. Współtwórca tzw. „Błękitnej Armii” gen. J. Hallera w 1918 roku. Pierwszy poseł pełnomocny (ambasador) RP we Francji w 1919 roku. Kandydat na Prezydenta RP w pierwszych wyborach na ten urząd w 1922  roku. 

Biogramy zostały opracowane przez dra Jacka Feduszka.

W związku z rokiem Zamojskich Twórców Niepodległej Miasto Zamość, Zamojskie Instytucje Kultury jak i działające na terenie naszego Miasta Stowarzyszenia, zaplanowały wiele wydarzeń związanych z obchodzoną w tym roku setną rocznicą odzyskania przez Polskę Niepodległości, o czym już wkrótce powiadomimy czytelników na łamach Nowego Kuriera Zamojskiego. Bardzo cieszymy się, że nasze Stowarzyszenie Turystyka z Pasją, było jednym z pomysłodawców i inicjatorów tego przedsięwzięcia. Zachęcamy mieszkańców Zamościa do aktywnego włączenia się w obchody roku Zamojskich Twórców Niepodległej.
Tomasz Banach
  Turystyka z Pasją

Artykuł powyższy ukazał się również na łamach Nowego Kuriera Zamojskiego
W Wersji elektronicznej przeczytasz go - TUTAJ


poniedziałek, 12 lutego 2018

IV Turystyczna Majówka w Zamościu - zapowiedź wydarzenia!

Pewną tradycją stało się to, że na początku maja nasze Stowarzyszenie Turystyka z Pasją organizuję w Zamościu Turystyczną Majówkę. W tym roku 5 mają spotkamy się na IV Turystycznej Majówce, podczas której uczestnicy będą mieli okazję zwiedzić najciekawsze atrakcje turystyczne Hetmańskiego Grodu. Każdy na pewno znajdzie coś, co go zainteresuje z bogatej oferty jaką dla Państwa przygotowujemy. Na pewno nie zabraknie takich atrakcji jak zwiedzanie Muzeum Zamojskiego w Zamościu, Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał, Podziemnych Tras Turystycznych... i wielu, wielu innych.  Wkrótce na stronie wydarzenia (kliknij TUTAJ) będzie można zapoznać się ze szczegółami dotyczącymi Turystycznej Majówki jak i sposobów rezerwacji miejsc na wejścia do poszczególnych obiektów.  Już dzisiaj dołącz do wydarzenia i bądź na bieżąco! 
Zapraszamy Serdecznie!

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Nasza Prezes - Dominika Lipska - nominowana w konkursie Kuriera Lubelskiego

Dominika Lipska - fot. Karolina Lipska
Kochani!!!

Prezes naszego Stowarzyszenia Turystyka z Pasją - Dominika Lipska, została nominowana w konkursie "Człowiek Roku 2017" w kategorii Kultura, organizowanego przez Kurier Lubelski. 

Dominika - absolwentka historii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Prezes i współzałożyciel  Stowarzyszenia Turystyka z Pasją, którym skutecznie kieruje od jego powstania w 2014 roku, współorganizując i koordynując działania mające na celu wzbogacenie oferty kulturalnej i turystycznej Zamościa i Regionu. Przewodnik z Pasją, oprowadzający po Mieście Idealnym w strojach historycznych.  Jej kolekcja kostiumów stała się podstawą do stworzenia Wystawy "Koronki, tiurniury, aksamity... stroje i kostiumy historyczne od końca wieku XVI do końca XX wieku". Za swój wkład w promowanie atrakcji turystycznych Zamościa i Roztocza otrzymała, w 2013 roku, podziękowania od ówczesnego Prezydenta Zamościa Pana Marcina Zamoyskiego. W 2014 roku z rąk Dyrektora Muzeum Zamojskiego w Zamościu Pana Andrzeja Urbańskiego, otrzymała tytuł "Amicus Museum".  W roku 2016, Dominika została wyróżniona  statuetką - Animator Kultury Zamościa. Jest osobą aktywnie zaangażowaną w życie społeczne, kulturalne i turystyczne Zamościa. 

Proszę Was wszystkich na oddanie głosu na Dominikę! Jak to zrobić? Wystarczy wysłać smsa pod nr 72355 o treści KLK.187 Koszt smsa to jedyne 2,46 z VAT. Głosować można do 2 lutego br. Zachęcam do głosowania! Pomożecie?




wtorek, 26 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. III - Św. Szczepan

Nasza grupa kolędnicza (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia zawsze miał dla mnie szczególny smak. Może dlatego, że nosił w sobie coś więcej niż tylko świąteczną powagę – był dniem radości, swobody i ludowej tradycji, którą dziś wspominam z lekkim uśmiechem i ogromną nostalgią. To właśnie wtedy, w moim rodzinnym domu w Rybczewicach na Lubelszczyźnie, Święta zaczynały nabierać innego tempa. Jeszcze o poranku, zanim wyruszaliśmy do kościoła, tato – a z czasem również ja – mieliśmy swoje ważne zadanie. Trzeba było przygotować woreczek z owsem. Im większy, tym lepszy. Owies ten zabieraliśmy ze sobą na mszę świętą ku czci św. Szczepana. Dla mnie był to zawsze dzień wyjątkowy, bo właśnie wtedy najbardziej ciągnęło mnie na chór muzyczny. Nie dlatego, że odkrywałem w sobie nagłe powołanie do śpiewu, ale z dużo prostszego i bliższego sercu powodu – na chórze śpiewali moi dziadkowie od strony mamy. Często zabierali mnie ze sobą, a ja chłonąłem wszystko: dźwięk organów, ruch miecha, potęgę chóralnego śpiewu i atmosferę miejsca, które wydawało mi się niemal magiczne. Podczas mszy ksiądz święcił przyniesiony owies – ten sam, który później dosypywano do wiosennego siewu, wierząc, że zapewni on urodzaj i pomyślność. Ale św. Szczepan miał też swoje bardziej… żywiołowe oblicze. Gdy kapłan przechadzał się wzdłuż kościelnej nawy, „wymachując” kropidłem, wierni zaczynali obrzucać go garściami owsa. I tu właśnie chór okazywał się miejscem strategicznym – stamtąd najłatwiej było celnie obsypać biednego duchownego, który często, chcąc uniknąć gradu ziaren, zasłaniał głowę kapturem. Po chwili w świątyni rozpętywała się prawdziwa bitwa. Pamiętam, jak nasz wieloletni organista, śp. Kazimierz Marciszuk, niemal własnym ciałem osłaniał organy, by ziarno nie wpadło między klawisze i piszczałki. Zdarzało się, że z pełnego worka owsa do domu wracaliśmy zaledwie z garstką ziaren – albo i z niczym. Posadzka kościoła po mszy była cała nimi zasypana. Ten zwyczaj, choć pełen śmiechu, miał swoje głębokie znaczenie – nawiązywał do męczeńskiej śmierci św. Szczepana, ukamienowanego za wiarę. Na szczęście w naszej tradycji kamienie zastąpił owies.
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Po powrocie z kościoła czekał nas jeszcze jeden ważny moment – wizyta w oborze. Dzieliliśmy się opłatkiem z żywym inwentarzem. Był to specjalny, kolorowy opłatek, dodawany do tych, które przed świętami roznosił organista. Nie wszystkie zwierzęta podchodziły do tego świątecznego przysmaku z entuzjazmem, więc często trzeba było mieszać go z codzienną paszą. Drugi dzień Świąt był też czasem odwiedzin. W przeciwieństwie do Wigilii, można było spotykać się w szerszym gronie – u sąsiadów, znajomych, przyjaciół. Tego dnia po wsiach ruszały również grupy kolędnicze. Bywało, że w jednej miejscowości kolędowało kilka zgraj naraz – dzieci, młodzież, dorośli. Jedni tylko śpiewali kolędy, inni, poprzebierani, odgrywali scenki bożonarodzeniowe, często z domieszką lokalnego folkloru, a czasem nawet z przemyconą ironią społeczną czy polityczną. Wszystko podane w żartobliwej formie, ku uciesze gospodarzy. Przez kilka lat sam byłem częścią takiej kolędniczej grupy. Zaczynaliśmy w św. Szczepana, a kończyliśmy nieraz dopiero w okolicach Nowego Roku. Gdy zabrakło domów w rodzinnej wsi, ruszaliśmy przez zaspy do sąsiednich miejscowości, w kilkustopniowym mrozie. Dziś nie pamiętam już dokładnie tekstów jasełek, ale wiem, że często przypadała mi rola Marszałka. Może kiedyś, grzebiąc w swoich zbiorach dotyczących historii mojej Małej Ojczyzny, natrafię jeszcze na fragmenty tych kwestii. Wiem jedno – zawsze dobrze życzyliśmy gospodarzom i niemal nigdzie nie spotkaliśmy się z odmową. Co więcej, pominięcie czyjegoś domu bywało powodem obrazy. Kolędowało się więc od domu do domu, od wsi do wsi, pielęgnując tradycję przekazywaną przez pokolenia. Dziś, pół żartem pół serio, wyobrażam sobie kolędników robiących w każdym domu selfie, z czytnikiem kart zamiast skrzynki na datki… Gdy byłem już starszy, wieczór św. Szczepana oznaczał jedno – przygotowania do pierwszej po adwencie wiejskiej zabawy. Odbywały się one oczywiście w remizach strażackich – centrach życia społeczno-kulturalnego. Najlepsze zabawy w naszej gminie były w Bazarze, Częstoborowicach i Rybczewicach. Zjeżdżali się młodsi i starsi, z bliska i z daleka. Tańce przy lokalnych zespołach trwały do późnej nocy, czasem do drugiej czy trzeciej, o ile wcześniej nie zakończyły się „ręczną wymianą zdań” między uczestnikami z różnych wsi. Powroty do domu bywały długie i mroźne, zwłaszcza zanim wszystkich się poodprowadzało. Z czasem remizowe zabawy ustąpiły miejsca dyskotekom w pobliskich miejscowościach, a ich niepowtarzalny klimat zniknął z krajobrazu mojej gminy.  
Kolędnicy (ok. 1993 roku) - fot. Archiwum
Powoli kończymy nasze wspólne odwiedziny w moim rodzinnym domu i gminie z czasów dzieciństwa i młodości. Święta dobiegają końca. Jutro jeszcze wybierzemy się na święcone wino. Na zakończenie tych świątecznych wspomnień chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom mojego bloga, aby magia Świąt Bożego Narodzenia – ta cicha, dobra i ciepła – towarzyszyła nam nie tylko przez kilka dni w roku, ale każdego dnia. I abyśmy po latach mogli wracać do swoich wspomnień z uśmiechem, wdzięcznością i spokojem serca.

Przeczytaj również o Bożym Narodzeniu w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Bożego Narodzenia klikając  TUTAJ

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. II - Boże Narodzenie

Ja ze Świętymi Mikołajem (1985) 
Kontynuując nasze wspólne świąteczne opowieści, dziś chciałbym zabrać Was do mojego rodzinnego domu i podzielić się tym, jak wyglądał pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia – dzień szczególny, bo zarezerwowany wyłącznie dla najbliższej rodziny. O ile w Wigilię czy w drugi dzień świąt dopuszczalne były wizyty u sąsiadów i znajomych, o tyle sam dzień Bożego Narodzenia miał u nas wymiar bardziej intymny, domowy i spokojny. Jak świętowaliśmy w niewielkiej miejscowości na Lubelszczyźnie? O tym właśnie jest dzisiejszy wpis. Kiedy byłem już na tyle duży, by uczestniczyć w nocnym nabożeństwie, starałem się co roku chodzić na pasterkę do kościoła w Częstoborowicach. Samochodów było wówczas niewiele, więc wielu wiernych – mimo mrozu i śniegu – podążało do świątyni pieszo. Ta nocna wędrówka miała w sobie coś wyjątkowego, niemal mistycznego.

Na pasterce kościół pękał w szwach. Msza święta rozpoczynała się zawsze uroczystym odśpiewaniem kolędy „Bóg się rodzi…”. W jej takt ksiądz proboszcz wnosił w procesji figurkę Dzieciątka Jezus, którą następnie układał w żłóbku, na sianie, w przygotowanej tuż przed świętami tradycyjnej szopce. Msza trwała długo, ale chyba tylko chłód i podniosłość chwili sprawiały, że nikt – nawet ci, którym udało się zasiąść w przepełnionych ławkach – nie odpływał w objęcia Orfeusza. W świątyni, obok zapachu kadzidła, unosiła się także woń wigilijnych potraw (a czasem i czegoś mocniejszego, co wyraźnie poprawiało zdolności wokalne wiernych). Przy ołtarzu roiło się od ministrantów, a na koniec przychodził czas na Boże błogosławieństwo i serdeczne życzenia od proboszcza.

Wychodząc z kościoła, należało uklęknąć na chwilę przed stajenką, a potem wrzucić grosik do skarbonki trzymanej przez porcelanowego aniołka. Ten, w ramach podziękowania, kiwał główką ozdobioną aureolą. Po mszy wszyscy gromadzili się jeszcze „na murach” świątyni. Odpalano petardy i sztuczne ognie – było głośno, kolorowo i radośnie. Padały życzenia wesołych, zdrowych i rodzinnych świąt. Droga powrotna do domu również najczęściej odbywała się pieszo. Często zachodziłem jeszcze na stary częstoborowicki cmentarz, by pomodlić się i zapalić lampki na grobach bliskich. Gdy przekraczało się próg domu, było już dobrze po drugiej w nocy. Jeszcze tylko szybki skok do komory po kawałek ciasta – tego, którego w Wigilię skosztować nie było wolno – i przychodził czas na zasłużony sen. A tymczasem w stajni, oborze i chlewie rozpoczynały się „rozmowy zwierząt”, bo przecież według tradycji właśnie tej nocy mówią one ludzkim głosem… O czym? Lepiej ponoć nie podsłuchiwać.

Kościół w Częstoborowicach - fot. Tomasz Banach
W Boże Narodzenie można było pospać nieco dłużej. Rano, wchodząc do domu dziadków, należało – podobnie jak w Wigilię – pozdrowić Boga, dodając słowa: „Kolęda na szczęście, na zdrowie, na te Święte Boże Narodzenie”. Do kościoła chodziło się zazwyczaj na uroczystą sumę, a po mszy, przed świątynią, składano życzenia tym, których nie spotkaliśmy w nocy na pasterce. Po powrocie do domu rozpoczynało się wielkie przygotowanie do uroczystego obiadu, który u nas często przeciągał się aż do kolacji. Tym razem na stole królowały dania mięsne. W końcu można było legalnie skosztować świątecznych specjałów: pachniała wędzona kiełbasa, boczki, polędwice, szynki i pieczone pasztety. Pojawiało się też po raz pierwszy w te święta „oficjalne” ciasto. Przy stole ponownie składano życzenia i łamano się opłatkiem z tymi, których nie widziało się w Wigilię. Gromko rozbrzmiewały kolędy, a z czasem także piosenki biesiadne, patriotyczne, a nawet wojskowe. Moja rodzina zawsze była rozśpiewana – dziadkowie od strony mamy śpiewali w chórze kościelnym, a ja jednym palcem próbowałem akompaniować na klawiszach. Było radośnie, głośno i bardzo rodzinnie.

Gdy goście zaczynali się rozchodzić, przychodził czas na tradycyjne w mojej rodzinie „odprowadzanie”, które nierzadko kończyło się przeniesieniem świątecznej biesiady do kolejnych domów krewnych. Ważnym zwyczajem w moich stronach było także rozpoczynające się w Boże Narodzenie odliczanie dwunastu dni, mających wróżyć pogodę na kolejne miesiące roku. Jeśli dzień „przypisany” na przykład sierpniowi był chłodny i wilgotny, wierzono, że taki właśnie będzie cały sierpień.

Tak minął nam kolejny dzień wspólnego świętowania. Już jutro opowiem Wam, jakie tradycje kultywowano w mojej rodzinnej gminie Rybczewice w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia – w święto św. Szczepana.

Przeczytaj również o Wigilii  w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ