środa, 31 grudnia 2025

Rok 2025 zapisany w krokach, historiach i spotkaniach - podsumowania czas zacząć.

Końcówka roku to zawsze dobry moment na chwilę zatrzymania, podsumowań i refleksji. Dla nas, w Agencji Turystyki TUR-BAN, mijający rok 2025 był czasem intensywnej pracy, niezliczonych spotkań i ogromnej satysfakcji płynącej z dzielenia się historią Zamościa i Roztocza.

Z wielką dumą możemy powiedzieć, że w tym roku oprowadziliśmy aż 5809 turystów. Były to zarówno osoby indywidualne, grupy zorganizowane, szkolne wycieczki, jak i goście odwiedzający nasz region po raz pierwszy. Wspólnie spacerowaliśmy po zabytkowej starówce Zamościa, odkrywaliśmy uroki Roztocza, a także schodziliśmy pod ziemię, by poznać tajemnice Trasy Turystycznej w Bastionie VII. Każda z tych tras to inne historie, inne emocje i inne spojrzenie na bogate dziedzictwo naszego regionu.

Każde oprowadzanie to dla nas coś więcej niż tylko przekazywanie faktów. To rozmowy, pytania, uśmiechy i chwile zachwytu, które utwierdzają nas w przekonaniu, że to, co robimy, ma sens. Dlatego z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy w 2025 roku obdarzyli nas zaufaniem i skorzystali z usług przewodnickich Agencji Turystyki TUR-BAN. To dzięki Wam ten rok był tak wyjątkowy.

Patrząc z optymizmem w przyszłość, już dziś zapraszamy do wspólnego odkrywania Zamościa i Roztocza w Nowym 2026 Roku. Przed nami kolejne trasy, nowe pomysły i niezmiennie ta sama pasja do opowiadania historii miejsc, które naprawdę warto poznać.

Do zobaczenia na szlaku!

środa, 24 grudnia 2025

Życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia


 Z okazji Świąt Bożego Narodzenia 
życzymy 
spokoju, radości oraz ciepłej, rodzinnej atmosfery.

Niech ten wyjątkowy czas przyniesie wytchnienie i dobre myśli, 

a Nowy Rok spełnienie planów i nadziei.

Wesołych Świąt
Anna i Tomasz Banachowie

niedziela, 21 grudnia 2025

„Bądźmy Wszyscy Razem” – XVIII Wigilia Mieszkańców na Rynku Wielkim w Zamościu

"Bądźmy Wszyscy Razem..." - fot. Tomasz Banach
Są takie chwile, kiedy miasto przestaje być tylko przestrzenią, a staje się domem. Tak było 21 grudnia na Rynku Wielkim w Zamościu, gdzie w blasku świątecznych świateł, przy dźwiękach kolęd i życzliwych rozmowach spotkaliśmy się po raz osiemnasty, by wspólnie przeżyć Wigilię Mieszkańców pod hasłem „Bądźmy Wszyscy Razem”.
Występ Zespołu Pieśni i Tańca "Zamojszczyzna" - fot. Tomasz Banach
Gdy o godzinie 17:00 rynek wypełnił się mieszkańcami – całymi rodzinami, seniorami, młodszymi i starszymi – poczułem, że to jedno z tych wydarzeń, które naprawdę jednoczą ludzi. Był to czas składania sobie życzeń, dzielenia się opłatkiem i wspólnego bycia razem, bez pośpiechu i podziałów. Właśnie w takich chwilach najlepiej widać, jak silna potrafi być lokalna wspólnota.
Na Rynku Wielkim zebrały się tłumy mieszkańców i turystów - fot. Tomasz Banach
Nieodłącznym elementem spotkania był wigilijny poczęstunek przygotowany przez lokalnych restauratorów, piekarnie i cukiernie. Tradycyjne potrawy smakowały wyjątkowo – nie tylko dlatego, że były pyszne, ale dlatego, że dzielone z innymi. Już od wczesnych godzin popołudniowych rynek rozbrzmiewał kolędami i pastorałkami, a towarzyszący wydarzeniu Jarmark Świąteczny przyciągał zapachem pierników, grzanego napoju i rękodziełem lokalnych twórców.
To również czas wspólnej modlitwy - fot. Tomasz Banach
Szczególnie poruszającym momentem było uroczyste zakończenie kolędowania. Świąteczne życzenia przekazali biskup diecezji zamojsko-lubaczowskiej Marian Rojek, prezydent Zamościa Rafał Zwolak, przedstawiciele Rady Miasta oraz dyrektor Zamojskiego Domu Kultury Janusz Nowosad. Przekazanie Światełka Betlejemskiego i występ Zespołu Pieśni i Tańca „Zamojszczyzna” pięknie dopełniły całość.
Betlejemskie Światełko Pokoju - fot. Tomasz Banach
Ta Wigilia po raz kolejny przypomniała mi, że święta to nie tylko tradycja, ale przede wszystkim bliskość, rozmowa i obecność drugiego człowieka. I właśnie za to najbardziej cenię Wigilię Mieszkańców w Zamościu.

sobota, 20 grudnia 2025

Bożonarodzeniowy Jarmark na Zamojskim Rynku

Na Zamojskim Rynku ozdoby wieszają, przedświąteczny jarmark dziś rozpoczynają
- fot. Tomasz Banach
Zawsze, gdy nadchodzi grudzień, Zamojskim Rynkiem zaczyna rządzić magia świąt. Dzisiaj i jutro to miejsce wypełnia się zapachem przypraw korzennych, ciepłem rozmów i radością wspólnego bycia razem. 
Rękodzieło... zapach świec - fot. Tomasz Banach
Spacerując między jarmarkowymi stoiskami, nie sposób nie zatrzymać się przy pięknych wyrobach rękodzielniczych i świątecznych smakołykach, które doskonale odnajdą się na wigilijnym i świątecznym stole.
Wypieki, ozdoby, wyroby... - fot. Tomasz Banach
Jarmarki bożonarodzeniowe w Zamościu mają długą i piękną tradycję. Od lat Rynek staje się w tym czasie miejscem spotkań mieszkańców, przestrzenią do rozmów, składania życzeń i celebrowania wspólnoty. 
Choinki i inne cudeńka - fot. Tomasz Banach
Dawniej przybywano tu po świąteczne produkty, dziś – oprócz zakupów – przychodzimy po atmosferę, wspomnienia i chwile, które na długo zostają w sercu. To właśnie te spotkania, śmiech dzieci i rozmowy przy ciepłym kubku napoju tworzą prawdziwego ducha świąt.
Kupujących i podziwiających coraz więcej - fot. Tomasz Banach
Szczególnym momentem tegorocznego jarmarku będzie Wigilia Mieszkańców, która rozpocznie się jutro o godzinie 17:00. To wyjątkowy czas dzielenia się opłatkiem, życzeniami i dobrą energią – bez pośpiechu, bez podziałów, razem.

Napitki też gotowe do tego by wylądować na świątecznym stole - fot. Tomasz Banach
Serdecznie zapraszam do odwiedzenia Zamojskiego Rynku podczas trwającego Bożonarodzeniowego Jarmarku. Przybywajcie całymi rodzinami – jest smacznie, kolorowo i wesoło. Niech ten wspólny czas połączy nas w prawdziwie świątecznym nastroju.
Podczas Jarmarku można również zostać Gwiazdą TV - fot. Tomasz Banach
Do zobaczenia jutro podczas kolejnego dnia jarmarku i podczas Wigilii Mieszkańców... Święta czuć już w powietrzu. Sprawmy by niepowtarzalny klimat tego czasu towarzyszył nam nie tylko w świąteczny czas. 

niedziela, 14 grudnia 2025

Edukacja w turystyce – inwestycja w jakość, bezpieczeństwo i przyszłość branży

Podczas szkolenia - fot. Anna Banach
Współczesna branża turystyczna funkcjonuje w warunkach dynamicznych zmian, rosnących oczekiwań klientów oraz coraz większego znaczenia dostępności i bezpieczeństwa usług. W tym kontekście systematyczne podnoszenie kompetencji zawodowych kadr turystycznych stanowi jeden z kluczowych elementów rozwoju zarówno pojedynczych podmiotów, jak i całego sektora.

Odpowiedzią na te potrzeby jest projekt „EduTour II – szkolenia kadr branży turystycznej”, dofinansowany ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej, których dysponentem jest Minister Sportu i Turystyki. Projekt jest kontynuacją inicjatywy realizowanej w 2024 roku pod nazwą „EduTour – rozwój kompetencji pracowników branży turystycznej” i koncentruje się na dalszym wzmacnianiu kwalifikacji osób zawodowo i społecznie związanych z turystyką.

Głównym celem projektu jest podniesienie poziomu wiedzy i umiejętności w zakresie obsługi beneficjentów, poprawy bezpieczeństwa w turystyce społecznej oraz tworzenia ofert dostosowanych do specyfiki różnych grup odbiorców. Szkolenia dostarczają uczestnikom praktycznych narzędzi niezbędnych do planowania i realizacji działań turystycznych zgodnie z aktualnymi standardami jakości i odpowiedzialności. 

Dla podmiotów działających w branży turystycznej, w tym agencji turystycznych oraz organizacji pozarządowych, edukacja stanowi strategiczną inwestycję w rozwój oferty, profesjonalizację działań oraz budowanie zaufania odbiorców. Projekty takie jak EduTour II wzmacniają potencjał kadrowy, wspierają rozwój turystyki społecznej i przyczyniają się do podnoszenia jakości usług świadczonych na rzecz różnych grup społecznych.

Stałe podnoszenie kwalifikacji oraz świadome reagowanie na zmieniające się potrzeby rynku są dziś nieodłącznym elementem odpowiedzialnego i nowoczesnego podejścia do turystyki. Rozwój kompetencji kadr to fundament trwałego rozwoju branży i skutecznej realizacji jej społecznej misji.

sobota, 13 grudnia 2025

Skarby Podkarpacia - Cisza pod kopułami – zapomniana cerkiew w Chotylubiu

Opuszczona cerkiew (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
Grudzień ma w sobie coś z czasu ciszy i skupienia – idealnie pasuje do takich miejsc jak Chotylubiu. Do wsi zjeżdża się niepozorną drogą z Cieszanowa w stronę Brusna i łatwo byłoby ją minąć, gdyby nie lekkie wzniesienie pośrodku zabudowań. To właśnie tam stoi cerkiew – trochę zapomniana, trochę zamknięta na głucho, ale wciąż opowiadająca historię tym, którzy potrafią słuchać. Zatrzymuję się zwykle na chwilę dalej, żeby podejść pieszo. Tak, jakby to miejsce nie lubiło pośpiechu. Cerkiew greckokatolicka w Chotylubiu powstała w 1888 roku, z inicjatywy parocha Piotra Gissowskiego, w miejscu starszej świątyni z końca XVII wieku. Tamta, z 1693 roku, nie dotrwała do naszych czasów – rozebrano ją, a materiał, jak zanotowano, kupił chłop z Podemszczyzny. Drewno, jak widać, też wędrowało. Obecna cerkiew to klasyczna, roztoczańska trójdzielna budowla zrębowa, orientowana – czyli zwrócona prezbiterium ku wschodowi. Węgły łączone „na rybi ogon”, z charakterystycznymi rysiami podpierającymi okap, zdradzają kunszt dawnych cieśli. Zrąb osłania okap, a wyżej ściany obito pionowym deskowaniem. Całość spoczywa na solidnej podmurówce z kamienia łamanego – jakby ktoś chciał ją na dobre zakotwiczyć w tej ziemi.
Dobudowany przedsionek zaburzający proporcje (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
Najwyższa i najważniejsza część to kwadratowa nawa, nad którą wznosi się ośmioboczna kopuła na tamburze, zwieńczona latarnią. Od wschodu węższe, prostokątne prezbiterium, z niewielką zakrystią od północy, a nad nim mniejsza kopuła z cebulastym hełmem. Nad obiema kopułami żeliwne krzyże – surowe, ciężkie, odporne na wiatr i czas. Od zachodu babiniec, a nad nim i zachodnią częścią nawy – chór muzyczny. Dachy, kopuły i okap pokryto blachą, która dziś bardziej tłumi dźwięki niż je odbija. Tuż obok stoi dzwonnica parawanowa – trójarkadowa, zbudowana z kamienia łamanego i otynkowana. Dzwonów już w niej nie ma, ale łatwo sobie wyobrazić, jak ich głos niósł się po okolicy. Najstarszy pochodził z 1686 roku, drugi z 1776. Dziś została cisza.
Dzwonnica bez dzwonów (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
Po wysiedleniu ludności ukraińskiej cerkiew przez pewien czas służyła jako kościół filialny parafii w Cieszanowie, pod wezwaniem Opieki Najświętszej Maryi Panny. Remonty przeprowadzano na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, ale nie wszystkie decyzje były fortunne. W 1986 roku do babińca dobudowano zbyt duży, ciężki przedsionek, który zaburzył proporcje bryły. Wnętrze ogrzewano żeliwnym piecem, do którego przy północnej ścianie nawy poprowadzono ogromny, blaszany komin – detal praktyczny, choć dziś rażący. Kiedy w 2001 roku we wsi stanął nowy, murowany kościół, stara cerkiew została zamknięta. Od tego czasu trwa – milcząca, trochę zapomniana, ale wciąż obecna. 
Cerkiew (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
A przecież kiedyś była pełna życia i cennych skarbów. W 1904 roku cerkwie ziemi lubaczowskiej inwentaryzował lwowski nauczyciel Karol Notz. W swoich zapiskach o Chotylubiu zanotował rzeczy, które dziś brzmią jak opowieść z innego świata. Pisał o obrazie św. Mikołaja malowanym na desce, „dość ładnym”, w srebrzonej stule – i dodał z nutą ironii, że „chętnie go sprzedadzą”. Wspominał ikonostas z początku XVIII wieku, obrazy Narodzenia Chrystusa z XVII stulecia oraz najpiękniejszy – artystyczny obraz Matki Boskiej, z nieczytelnym już napisem. Był też wizerunek Chrystusa z tajemniczym napisem: „Sej obraz P.B. AXEI”.
Cerkiew - widok od strony szosy (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
Notz odnotował również księgi – wśród nich ręcznie pisany irmologion ośmiogłosny z 1735 roku, sporządzony przez miejscowego księdza, oprawiony w drewno i skórę, z klamrami. Takie drobiazgi mówią więcej o dawnym świecie niż niejedna kronika. Dziś, stojąc pod zamkniętymi drzwiami cerkwi w Chotylubiu, łatwo poczuć, że to miejsce żyje głównie wspomnieniem. Ale wystarczy chwila uważności – spojrzenie na kopuły, dotknięcie chłodnego kamienia dzwonnicy, ciche przeczytanie zapisków sprzed ponad stu lat – by ta zapomniana cerkiew znów zaczęła mówić. Trzeba tylko dać jej czas i uwagę.

piątek, 12 grudnia 2025

Skarby Podkarpacia - Między drewnem a kamieniem. Przewodnicka gawęda z Nowego Brusna

Cerkiew św. Paraskiewy w Nowym Bruśnie (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
Grudniowy powrót do Nowego Brusna znów poprowadził nas w miejsce, które na Roztoczu ma swój własny, nieco tajemniczy rytm. Bez śnieżnej dekoracji, bez pocztówkowych efektów – za to z ciszą, drewnem pachnącym historią i kamieniem, który mówi więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To jeden z tych zakątków, gdzie przewodnik nie musi wiele dodawać od siebie. Wystarczy wskazać, zatrzymać grupę i pozwolić miejscu opowiadać. Brusno wielu kojarzy się przede wszystkim z kolebką miejscowej kamieniarki. I słusznie. To właśnie tutaj przez lata lokalni kamieniarze kształtowali krajobraz tej części Roztocza – dosłownie. Przydrożne krzyże, nagrobne figury i pomniki rozsiane po okolicy nie są tylko ozdobą przestrzeni. To znaki pamięci i świadectwo rzemiosła, które na trwałe wpisało się w tutejszą tożsamość. Spacerując po okolicy, łatwo odnieść wrażenie, że kamień w Bruśnie ma swoją duszę.
Cerkiew w ruinie (sierpień 2014) - fot. Tomasz Banach
Nowe Brusno warto jednak odwiedzić nie tylko z myślą o kamieniarstwie. To także prawdziwa perełka drewnianej architektury sakralnej. Odrestaurowana cerkiew pw. św. Paraksewy przyciąga miłośników historii, ale też malarzy i fotografów, którzy szukają miejsc z charakterem i światłem układającym się na deskach w niepowtarzalny sposób. Bruśnieńska cerkiew zdecydowanie do takich należy. Z perspektywy przewodnika to jedno z tych miejsc, przy których dobrze jest się zatrzymać na dłużej. Cerkiew wzniesiono w 1713 roku, najpewniej ręką budowniczego Stefana Siemko Siematiewskiego. Późniejsze przebudowy – w XIX wieku i na początku XX stulecia – zmieniały jej formę, jednak prace konserwatorskie z lat 2013–2018 przywróciły świątyni dawny charakter: osiemnastowieczny babiniec z kaplicą oraz dziewiętnastowieczną nawę i prezbiterium. Dziś to serce zespołu cerkiewnego w Nowym Bruśnie, będącego oddziałem Muzeum Kresów w Lubaczowie.
Cerkiew (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
Wnętrze świątyni kryło niegdyś cenny wystrój z pierwszej połowy XVIII wieku – dziś można go odnaleźć w zbiorach muzealnych w Przemyślu i Łańcucie. Otoczenie cerkwi dopełnia przycerkiewny cmentarz oraz dawny cmentarz parafialny. To tam uwagę przyciągają kamienne nagrobki wykonane w bruśnieńskim ośrodku kamieniarskim – surowe, proste, a jednocześnie niezwykle poruszające.
Cerkiew w ruinie (sierpień 2014) - fot. Tomasz Banach
Pierwotnie przy cerkwi stała drewniana dzwonnica, a cały teren otaczał parkan. Dziś zespół sakralny wchodzi w nowy etap życia. Trwają prace nad jego rewitalizacją i nadaniem mu roli miejsca opowiadającego historię lokalnego ośrodka kamieniarskiego. W planach jest m.in. odtworzenie drewnianej zagrody z Wólki Horynieckiej z przełomu XIX i XX wieku, która ma stać się domem i warsztatem kamieniarza brusnieńskiego. 
Cerkiew (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach 
Cerkiew w Nowym Bruśnie jest jedną z 24 zabytkowych świątyń drewnianych na terenie powiatu lubaczowskiego, współtworzących wielokulturowy krajobraz dawnych Kresów. To miejsce, do którego warto wracać – nie po to, by odhaczyć je na mapie, ale by za każdym razem odkryć je na nowo. A najlepiej odkrywa się je właśnie w formie spokojnej, przewodnickiej gawędy, prowadzonej między drewnem cerkwi a kamieniem, który pamięta więcej, niż nam się wydaje.

Skarby Podkarpacia - Nie z listy UNESCO – gawęda o cichej cerkwi w Radrużu

Cerkiew p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy w Radrużu (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach

Jadąc po Roztoczu, człowiek szybko uczy się jednej rzeczy – tu nie zawsze warto trzymać się głównej drogi. Czasem najlepiej skręcić tam, gdzie asfalt robi się węższy, a krajobraz zaczyna opowiadać własną historię. I właśnie tak, trochę „przy okazji”, wielokrotnie trafiałem do tej mniej znanej cerkwi w Radrużu. Nie tej na liście UNESCO, nie tej, o której wszyscy mówią, ale tej cichej, stojącej spokojnie nad potokiem Radrużka. Zawsze, gdy prowadzę turystów po tych stronach, mówię: chodźcie, pokażę wam jeszcze jedno miejsce – niepozorne, ale z duszą. I skręcamy w dół, na niewielkie wzniesienie, gdzie za drewnianym płotem stoi ona – skromna, drewniana cerkiew św. Mikołaja.

Piękny przykład architektury drewnianej (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
„Panie, a ona zawsze taka była?” To jedno z pierwszych pytań, które zwykle słyszę. I wtedy zaczyna się opowieść. Bo nie, nie zawsze taka była. Choć na pierwszy rzut oka wygląda, jakby stała tu od niepamiętnych czasów, w obecnym kształcie powstała na początku lat 30. XX wieku. W latach 1930–1931 przebudowano ją gruntownie, wykorzystując fragmenty starszej, zapewne XVIII-wiecznej kaplicy. I proszę zwrócić uwagę – mówię wtedy, wskazując prezbiterium – ten trójbocznie zamknięty wschodni fragment pamięta jeszcze tamte czasy. Reszta to już dzieło cieśli z początku XX wieku. Zrobili coś bardzo sprytnego – niewielką świątynię „podciągnęli” wizualnie do góry, fundując jej ośmioboczną kopułę z latarnią. Dzięki temu cerkiew wydaje się większa, dostojniejsza, jakby chciała powiedzieć: jestem mała, ale ważna.
I jeszcze z innej perspektywy (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach
Cerkiew przycupnięta nad potokiem. Lubię zwracać uwagę na położenie tego miejsca. Cerkiew stoi na lewym brzegu Radrużki, na łagodnym skłonie płaskowyżu, który opada w stronę doliny potoku. To nie jest przypadek. Dawniej takie miejsca wybierano z namysłem – miało być sucho, spokojnie i blisko natury. A ta cerkiew wygląda, jakby naprawdę tu przycupnęła, wtulona w krajobraz. Drewniane ściany, zrębowa konstrukcja, wysoki kamienny podmur – wszystko proste, funkcjonalne, bez zbędnych ozdób. Pionowe deskowanie przechodzi wyżej w gont, nad całością biegnie szeroki okap. Dachy dziś kryte są blachą, ale bryła zachowała swój dawny charakter. Gdy stajemy tu w ciszy, często słychać tylko wodę i wiatr – i wtedy łatwo wyobrazić sobie, jak wyglądało to miejsce przed wojną.
Cerkiew (grudzień 2025) - fot. Tomasz Banach 
Miejsce „nie z listy”, ale z pamięci. Na koniec zwykle mówię: to nie jest cerkiew z pocztówek, ale jedna z tych, które się pamięta. Bo Radruż ma wiele oblicz, a ta świątynia jest jednym z tych cichych świadków pogranicza – zmieniających się granic, ludzi i wyznań. Wracam tu chętnie, nawet gdy nie prowadzę nikogo. Ot, żeby na chwilę przystanąć, spojrzeć na kopułę, posłuchać potoku. I za każdym razem mam wrażenie, że ta cerkiew, choć niewielka i niepozorna, wciąż ma swoją opowieść do opowiedzenia – trzeba tylko zwolnić krok i dać się jej poprowadzić.

czwartek, 11 grudnia 2025

Tomaszów Lubelski w wersji „WOW!” – czyli gdy miasto zapala święta

Tomaszów Lubelski w świątecznej odsłonie - fot. Tomasz Banach
Grudzień to ten magiczny moment w roku, kiedy nawet najbardziej zatwardziały przeciwnik zimy zaczyna podejrzliwie zerkać na migające światełka i myśli: „A może jednak są fajne?”. W ramach naszych przedświątecznych wojaży po Lubelszczyźnie, a w szczególności po ukochanym Roztoczu, trafiliśmy do Tomaszowa Lubelskiego, który po zmroku… po prostu błyszczy.
Iluminacje - fot. Tomasz Banach
Centrum miasta zamieniło się w prawdziwą krainę światła. Iluminacje przygotowane przez władze miejskie sprawiają, że człowiek chodzi z głową zadartą do góry, uśmiecha się sam do siebie i co chwilę sięga po telefon, bo „to trzeba uwiecznić”. Światełka, dekoracje i świąteczny klimat robią robotę – i to taką na pełen etat.
Choinka musi być... i to nie jedna - fot. Tomasz Banach
Jest kolorowo, radośnie i bardzo „przedświątecznie”. Tomaszów Lubelski udowadnia, że nie trzeba być metropolią, żeby stworzyć atmosferę, która rozgrzewa nawet w mroźny wieczór. Spacer po rozświetlonym centrum to idealna propozycja: dla rodzin, zakochanych, spacerowiczów z kubkiem herbaty (albo grzańca – nie oceniamy ) i wszystkich, którzy chcą na chwilę zwolnić i poczuć magię nadchodzących świąt.
I Aniołek się zaplątał - fot. Tomasz Banach
A my? My oczywiście podziwiamy, chwalimy i z uśmiechem notujemy w pamięci kolejne miejsce na mapie roztoczańskich przedświątecznych must-see. Bo takie iluminacje to nie tylko dekoracje – to małe iskierki radości, które mówią: „Hej, święta już tu są!”.
Sanie Świętego Mikołaja gotowe do startu - fot. Tomasz Banach
Jeśli więc planujecie zimowy spacer po Roztoczu, Tomaszów Lubelski po zmroku zdecydowanie wpiszcie na swoją listę. Ostrzegamy tylko: grozi nagłym przypływem dobrego humoru, chęcią robienia zdjęć i trudną do opanowania potrzebą powiedzenia „ale tu ładnie!” co najmniej pięć razy na minutę.

niedziela, 7 grudnia 2025

Gdy Mikołaj spotyka Myszkę Miki – Zamość w bajkowym wydaniu!

Iluminacje świetlne w Hetmańskim Grodzie - fot. Tomasz Banach
6 grudnia, w dzień św. Mikołaja, Rynek Wielki znów stał się miejscem wielkiego „odpalenia” – oczywiście iluminacji, nie fajerwerków. Tym razem Zamość zaskoczył wszystkich kompletnie nową odsłoną świątecznych dekoracji.
Jest świet(l)nie i wesoło - fot. Tomasz Banach
Zamiast dobrze znanego miejskiego lodowiska, w samym centrum pojawiły się… postaci z bajek. Tak, to ten moment, kiedy możesz zadać sobie pytanie: czy Myszka Miki właśnie awansowała do świątecznej obsady?
Jest i On... Może nie Święty, ale na pewno Mikołaj - fot. Tomasz Banach
Bo wygląda na to, że tak. Święta 2.0 – renesansowe kamienice, śnieżne ozdoby, a między nimi bohaterowie, którzy dotąd kojarzyli się raczej z Disneylandem niż z Wigilią. Ale trzeba przyznać: dzieci są zachwycone, dorośli uśmiechają się pod nosem, a Rynek Wielki dzięki temu miksowi zyskał zaskakująco przyjemny, lekko komiksowy urok.
Ze ratuszowych schodów - fot. Tomasz Banach
Kolorowe iluminacje migoczą, ludzie robią zdjęcia jak paparazzi pod sceną, a całość – choć nietypowa – wprowadza w bardzo pozytywny, zimowy nastrój. To raczej taka świąteczna zabawa konwencją niż próba stworzenia klasycznej scenografii. I może właśnie dlatego działa – jest trochę świątecznie, trochę bajkowo, a przede wszystkim wesoło.
W zimowym klimacie.. jeszcze bez śniegu - fot. Tomasz Banach
Jedno jest pewne: Zamość potrafi zaskoczyć. I nawet jeśli ktoś zastanawia się, czy Myszka Miki powinna mieć własną kolędę, to i tak trudno się nie uśmiechnąć przechodząc między świecącymi figurami.

A jak Wam się podoba centrum Hetmańskiego Grodu w zimowym anturażu?

środa, 3 grudnia 2025

Skarby Lubelszczyzny: Staw Noakowski – wieś, która pamięta więcej niż niejeden podręcznik

Dwór w Stawie Noakowskim - fot. Tomasz Banach

Gdyby Staw Noakowski umiał mówić, to pewnie zacząłby od przeciągłego westchnięcia i zdania: „Oj, panie kochany… ja tu siedzę od XIV wieku!” I miałby rację. Bo ta niewielka wieś, schowana dziś między zielenią pól, powstała na przełomie XIV i XV wieku, kiedy po okolicy buszowali jeszcze rycerze, a mapy rysowano bardziej z wyobraźni niż z geometrii. Wtedy zwano ją po prostu Stawem, czasem Stawem Zamojskim – bo jak inaczej nazwać miejsce, przy którym błyszczała woda? Pierwszy raz pojawia się w dokumentach w 1419 roku, co oznacza, że już wtedy ktoś pilnie notował, że „takie oto miejsce istnieje”. Niewiele o nim napisano – ale było. A jak było, to rosło.
Dwór przed remontem (maj 2013) - fot. Tomasz Banach
Kto tu rządził, czyli od Mińskich po Noakowskiego. Przenieśmy się teraz do połowy XIX wieku, kiedy to ziemie w Stawie zaczęły przechodzić z rąk do rąk, niczym w dobrze zapowiadającym się serialu kostiumowym. W 1853 roku dobra Staw kupił Jan Miński. Już wtedy rozróżniano dwa majątki: Staw „A” i Staw „B” – jak w dzisiejszym supermarkecie: „ta wersja i ta wersja, wybierz, co ci pasuje”. W 1856 roku Staw „A” przeszedł w ręce Franciszki z Lisowskich Baranickiej, żony Ignacego. Ale długo go nie trzymała – bo już w 1859 roku sprzedała go mężczyźnie, który na zawsze zmienił nazwę miejscowości: Adolfowi Noakowskiemu. To od jego nazwiska wzięła się dzisiejsza nazwa wsi – Staw Noakowski. I trudno mu się dziwić – jak już coś budował, to porządnie. 
Dwór, który wyrósł z cegły, kamienia i ambicji. Noakowski nie próżnował. To za jego czasów powstał murowany dwór, z cegły i białego kamienia, oparty na stylizacji klasycystycznej – czyli elegancja, umiar i to, co dziś nazwalibyśmy „ponadczasową architekturą”. W 1861 roku założono park dworski – miejsce spacerów, westchnień, rodzinnych rozmów i dziecięcego chichotu. Zapewne ładniejszy niż niejedna współczesna galeria handlowa. Ale w 1864 roku przyszła epoka uwłaszczeń. Majątek przeszedł reorganizację – ziemia została rozdzielona między chłopów, a przy dworze pozostał już tylko folwark. To było to samo pokolenie, które tworzyło Gminę Nielisz, w której Staw Noakowski znalazł się na stałe.
Przed remontem (maj 2013) - fot. Tomasz Banach

 Śmierć właściciela, zmiany i... przebudowy. W 1880 roku Adolf Noakowski zmarł, a majątek przejęły jego żona Bronisława i dzieci. Pod koniec XIX wieku postanowili odświeżyć wygląd domu – i tak dwór zyskał kształt, który oglądamy dziś. Nieco później, w okresie międzywojennym, pojawiły się kolejne zmiany w architekturze. W tym czasie Staw Noakowski miał już nowych gospodarzy – W latach 1905–1944 majątek należał do Leona Skupińskiego – postaci, którą okoliczni mieszkańcy wspominają do dziś. Szkoła pod dachem dworu, czyli dzieci rządzą! Historia po wojnie potoczyła się jak w wielu podobnych miejscach na Lubelszczyźnie. Dwór przeszedł w ręce państwa, a w jego wnętrzu powstała szkoła podstawowa. Jeśli ktoś uważa, że dzieci nie robią hałasu – niech zapyta ściany dworu. One wiedzą swoje. Szkoła działała aż do 2009 roku, co czyni ten dwór prawdziwym weteranem edukacji.

Fronton - fot. Tomasz Banach

Dzisiejszy Staw Noakowski – od zabytku do miejsca, gdzie wdycha się zdrowie. Dziś dwór znów wygląda godnie. Po rewitalizacji odzyskał dawny blask, a wokół pojawiły się nowoczesne dodatki. I to jest piękne. Dwór polski – w najlepszym tego słowa znaczeniu. Dzisiejszy budynek to klasyczny przykład „dworu polskiego” – skromnego, ale eleganckiego, harmonijnego, osadzonego w krajobrazie jakby był tu od zawsze. A w sumie… był. Cegła, kamień, wapienna zaprawa, klasycystyczna fasada – wszystko to przetrwało burze dziejów, wojny, zmiany ustrojów i epok, a nawet codzienny gwar szkolnych przerw. A gdyby ściany mogły opowiadać… to powiedziałyby pewnie: „Byli tu rycerze. Byli ziemianie. Były dzieciaki z tornistrami. I wszyscy zostawili po sobie ślad.” A dziś dwór stoi jak dawniej – może trochę odświeżony, trochę bardziej uśmiechnięty, trochę nowoczesny – ale dumny, że przetrwał wieki i wciąż ma komu opowiadać swoją historię.