niedziela, 24 grudnia 2017

Tradycje Świąt Bożego Narodzenia w moim rodzinnym domu - cz. I - Wigilia


W ten wyjątkowy wigilijny wieczór, gdy na niebie zapala się Pierwsza Gwiazdka, a choinka cicho rozświetla dom, myślami wracam do Świąt z lat dzieciństwa. Do czasu, który minął szybciej, niż byśmy chcieli, zostawiając po sobie zapach choinki, dym z komina i ciepło rodzinnego domu. Rzadko piszę o sobie, ale dziś czuję, że właśnie teraz jest na to miejsce i pora – by pochylić się nad wspomnieniami z najcudowniejszych lat życia. 
Rodzinnie (1980) - fot. Jerzy Lis
Urodziłem się i wychowałem w Rybczewicach, niewielkiej miejscowości na południowy wschód od Lublina. Tam, w domu moich bliskich, Boże Narodzenie miało swój rytm, swoje dźwięki i zapachy. Adwent był czasem cichego oczekiwania – rorat o świcie w parafii w Częstoborowicach i gorączkowych przygotowań w domu. Wszystko musiało być „na święta”.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
Przedświąteczne dni wypełniała praca. Najpierw świniobicie, potem pieczenie pasztetów, robienie kaszanek i wędzenie szynek. Cała wieś pachniała dymem z drewna owocowego i jałowca, a gotowe wędliny kusiły, choć słyszało się tylko: „Nie ruszaj, to na święta”. Później przychodził czas na pieczenie – makowce, serniki, kruche ciasta, których starczało aż do Trzech Króli. Były porządki w domu i obejściu, trzepanie dywanów, mycie podłóg i przygotowywanie paszy dla zwierząt. Wszystko miało być gotowe na Wigilię.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
W samą Wigilię wstawało się bardzo wcześnie. Od rana dymiły kominy, a dom czekał na pierwszego gościa – najlepiej mężczyznę, bo to miało przynieść szczęście i dostatek. Dzień był postny, a prawdziwym celem była wieczorna kolacja – „pośnik”. Przed południem szło się do kościoła na mszę za zmarłych, a w domu mama z babcią przygotowywały wigilijne potrawy, których zapachy nie dawały spokoju wygłodniałym brzuchom.
Zimowe Rybczewice (2010) - fot. Tomasz Banach
Tuż przed wieczorem dziadek lub tata wnosili do izby „Króla” – snopek zboża, który stał w kącie aż do Trzech Króli, przynosząc, jak wierzono, zdrowie i urodzaj. Ubieraliśmy choinkę – czasem żywą, czasem sztuczną. Ozdoby były proste: papierowe łańcuchy, szyszki malowane srebrzanką, orzechy w złotkach, jabłka i cukierki-sopelki. Dopiero wieczorem choinka rozbłyskiwała światłami i stawała się prawdziwą magią.
Zimowe Częstoborowice (2010) - fot. Tomasz Banach
Do wieczerzy zasiadaliśmy, gdy wszyscy się zeszli. Stół przykrywał biały obrus, pod nim leżało siano, a jedno miejsce zawsze pozostawało wolne. Było czytanie Ewangelii, wspólna modlitwa, łamanie się opłatkiem i kolędy – najczęściej „Wśród nocnej ciszy” albo „Bóg się rodzi”. Dopiero potem pojawiały się potrawy: barszcz z uszkami, kapusta z grochem i grzybami, smażony karp, śledzie, kluski z makiem, racuchy lub pączki – zależnie od tego, u której babci spędzaliśmy Wigilię. Wszystko popijaliśmy kompotem z suszu. Ciasta musiały poczekać. Prezenty pod choinką były skromne, ale wyczekane. Najważniejsza była jednak bliskość – rozmowy, kolędy i to szczególne ciepło, które zostaje w człowieku na całe życie. Po kolacji jedni wracali do domów, inni szykowali się na Pasterkę.

Dziś, po latach, wiem, że to nie potrawy ani prezenty były najważniejsze. Najcenniejsze było bycie razem. I choć tamte Święta minęły bezpowrotnie, wciąż żyją we mnie – za każdym razem, gdy na niebie zapala się Pierwsza Gwiazdka.

Przeczytaj również o Bożym Narodzeniu w moim rodzinnym domu klikając TUTAJ oraz o tradycjach Św. Szczepana klikając  TUTAJ

1 komentarz:

  1. Piekne wspomnienia . Tak było, potwierdzam ponieważ pochodzę z miejscowości Jastków - 11km od Lublina od strony Kurowa, Garbowa . Co roku równiez wracam do czasów dzieciństwa. Pozdrawiam serdecznie Krajana !

    OdpowiedzUsuń